Nasza GRANICA

Transkrypt

Nasza GRANICA
HARCUŚ
- 12 -
Październik 2006
Nasza GRANICA
13 września był dniem wyjazdu na Rajd Granica 2006.KaŜdy z uczestników przybył na
stacje punktualnie, oprócz jednego, niesamowitego człowieczka. Niestety miał on
przestawiony zegarek. W depresji wysłaliśmy laski na bajerę do maszynisty. Po długim
owijaniu w bawełnę, na horyzoncie ukazał się zmierzający w stronę pociągu Marcin P.
Po dotarciu do Wrocławia postanowiliśmy utworzyć kółko muzyczne. Wyciągnęliśmy
gitarę barwy niebieskiej i zaczął się
słodki, a zarazem przeraźliwy fałsz.
Rajdowców ☺ Nasza trzydniowa trasa
zaczęła się, gdy z Jeleniej Góry dojechaliśmy do Kowar. Tutaj na punkcie
sprawdzono nasze akcesoria. Zadowoleni z zaliczonego punktu doszliśmy z
trudem na górę Czoło. CóŜ to były za
niezwykłe widoki, gdy wspinając się,
zerknęło się na krajobraz. Następnie
ruszyliśmy czarnym szlakiem na ŚnieŜkę. Człowiek w oddali wydawał się taki
malutki. Czym więcej kilometrów mieliśmy za sobą, tym bardziej zawiewał
wicherek. Z wicherku robił się wicher, a
z wichru wichrzysko. W końcowej fazie przemian wiatru, z trudem utrzymywało się na
nogach. Wiatr gibał nami z lewego boku na prawy. Ze ŚnieŜki człapaliśmy się do Karpacza. Po drodze dołączyliśmy do jakiegoś patrolu i pozostaliśmy na ich łasce. Znaleziony patrol wybrał drogę na skróty, która w rezultacie okazała się drogą na ŚnieŜkę.
Zdesperowani po długich zmaganiach
dotarliśmy na miejsce. Karpacz rządzi. Jee bejbe!!! Mieliśmy własny domek. Pod wieczór dostaliśmy bardzo
ambitne zadanie. Dh. Hipcio zaprezentował nam obrabianie kurczaków. Po
trzy osoby z kaŜdego patrolu miały za
zadanie zrobić fileciki, przyprawić je i
rozpalić grilla. Na to zadanie przeznaczono pół godziny. „Podlew” zrobił
rzeźnię kurczaka, „Killer” zaś prawie
rozpalił grilla, ale coś mu nie wyszło. A
to cios ☺ Nagle powiał wiaterek i zaatakował nas pieprzem po oczkach i
noskach. Ajaj!! Mimo wszystko kurczaczek wyszedł ,,półkrwisty” (metafora taka). Kolejny dzień okazał się najcięŜszym. W Karpaczu dostaliśmy kilogram
mąki i kilka jajek. Zastanawialiśmy się co z tego będzie. MoŜe naleśniki… ale gdzie
mleko. Niczego nieświadomi ruszyliśmy dalej. Nasz pierwszy punkt okazał się przy
świątyni Wang, gdzie zmagaliśmy się linami. Następnie, idąc ciągle przed siebie dotarliśmy na Samotnię. I tu właśnie przydała się nasza mąka. Lepkimi łapkami dh. Angela
wygniotła ciasto w plastikowym pudełku. Co to będzie za zabawa?? Zastanawialiśmy
się. Reszta ekipy przyglądała się wyrobowi. Naszym zadaniem było ułoŜyć ze świeŜo
wygniecionego ciasta hasło „Granicy”. Mission complete ☺ Dookoła otaczały nas góry,
a przed nami piękne falujące jezioro. To był widok. Naszym kolejnym celem była
HARCUŚ
- 12 -
Październik 2006
Strzecha Akademicka. Stamtąd Ŝwawo wdrapaliśmy ku Słonecznikom. Po drodze złapał nas
okropny głodek i większości minął humorek. Ale twardo szliśmy dalej. Kiedy na trasie
zdaje się sobie ile juŜ przeszło kilometrów, nachodzi człowieka miła satysfakcja. Słoneczniki przed nami, a co z tym idzie kolejny punkt. Naszym zadaniem było obwinięcie
trzech skał czymś z plecaków. Nasz plan z paskami i ubraniami powiódł się. Kolejna
grupa za nami wykorzystała do tego długi, szary papier toaletowy. Ha, łeb jak sklep…
tylko regałów brak ☺ Poczucie głodu nasilało się coraz bardziej, a prowiantu juŜ nie
ma. Przed nami jeszcze był kawał drogi. Ale się nie poddaliśmy. Najgorsze z tego
wszystkiego było schodzenie w dół. Idąc po Ŝwirku i kiedy naokoło muchomorki cięŜko było iść stałym tempem. W końcu dotarliśmy do Jagniątkowa. Ale to jeszcze nie
koniec. Teraz trzeba było znaleźć ostatni punkt. Przypadkiem poszliśmy w mieście za
daleko. Nasz team się nieco załamał. Ale nie straciliśmy głowy.
Po kilku telefonach, jakoś dostaliśmy się na miejsce. Czekało jeszcze nas strzelanie z łuku. Tak,
tak, amatorom się powiodło.
Jeszcze jazda na linie, próby trafienia cukierkiem do buzi i… czas
wolny, w końcu
na szamanie.
Drugi dzień zakończył się ogniskiem, gdzie przedstawialiśmy
nasze patrole. Ach, około 12 godzinna trasa, to jest dopiero wyzwanie. A w nocy… pobudka. Akcja pierwsza pomoc. Wybiegliśmy
w szeregu z bramy i pognaliśmy
ku miejscu wypadku. Po ok. 15
minutowej rozróbie, mogliśmy juŜ się spokojnie połoŜyć spać. Następny dzień podobno miał się okazać jeszcze gorszy. Nie, proszę, nie tak ostro. Na szczęście trasa została skrócona. Wyszliśmy z Jagniątkowa jako pierwsi. Szliśmy, szliśmy… górami, lasami,
aŜ doszliśmy. Przed nami znajdował się wodospad Szklarki, gdzie niby znajdował się
punkt. Dlatego musieliśmy czekać na punktowych(podobno). Minęła godzinka, partole
się schodziły. W końcu okazało się Ŝe nic tu nie ma. Dlatego poszliśmy dalej w drogę.
I tak doszliśmy do Szklarskiej Poręby, gdzie mieliśmy nasze miejsce noclegu. Na miejscu dostaliśmy dobrą wojskową grochówkę z kiełbachą. To było coś. Po pewnym czasie wyruszyliśmy wszystkimi trasami na koncert YESKIEZSIRUMEM, co po armeńsku
znaczy KOCHAM CIĘ. Zabawa się wspaniale rozkręciła. Ale niestety kiedy się najlepiej
bawiliśmy, patrolem musieliśmy wrócić na miejsce noclegu. No cóŜ tak juŜ bywa, polecenia trzeba wykonywać. Wieczorem czekał nas jeszcze krótki apel. A o 23-ciej mecz
w koszykówkę. Zespół męski udał się na halę sportową niedaleko noclegu. Usiedliśmy
w jednym miejscu i poznawaliśmy przeciwnika. Kiedy zobaczyliśmy ten niesamowity
poziom gry w połączeniu z wędrownikami, nasze szanse zmalały maksymalnie. Ale nie
ma co się łamać. Trafiła nam się druŜyna, w której zawodnicy mieli po około dwa metry. Mecz okazał się całkiem ciekawy, gdy akcje toczyły się tylko na naszej połowie ☺ I
tak, przeciwnicy dali nam troszkę popalić. W rezultacie owa druŜyna okazała się najlepsza na całym Rajdzie. Ale co tam, waŜne Ŝe graliśmy. W ostatnim dniu czekał nas
apel końcowy. I tak zakończył się nasz Rajd Granica 2006. Za przyjazd aŜ ze Świnoujścia dostaliśmy namiot. Ten Rajd był naprawdę fajny, gdyby nie konflikty, które nieco
psuły atmosferę. MoŜe to ze zmęczenia, któŜ to wie. Wina leŜy na pewno po obu stronach. Chętnie pojechałbym jeszcze raz na taki Rajd. Dzięki takiemu wyjazdowi przeŜywa się niezapomniane chwile, a przepiękne widoki pozostają w głowach na zawsze.
HARCUŚ
- 12 -
Październik 2006
Arek