Nanastu no Daizai
Transkrypt
Nanastu no Daizai
Liceum Garczyńskiego w Zbąszyniu Nanastu no Daizai - Milena Tobys Autor: Admin Zmieniony 10.04.2011. W roku 372 Nowego Świata zima była nadzwyczaj mroźna. Przenikający północny wiatr hulał ze świstem między niskimi kamiennymi budynkami, ciskając śniegiem o mury i bezwstydnie nagie drzewa. Zimne styczniowe powietrze szczypiąc w nosy i czerwieniąc policzki zniechęcało do spacerów, nic więc dziwnego, że ulice były opustoszałe. Jedynymi oznakami życia w miasteczku były żółtawe światła sączące się zza szyb domowych okien. W tej zamieci nikomu nawet nie przyszło do głowy, by zapalić uliczne latarnie. Fabien siedział przy wielkim dębowym stole, wykańczając misternie uszytą, jedwabną sukieneczkę dla swej najnowszej córki. Wszystkie wykonane przez siebie lalki nazywał swoimi dziećmi i tak też je traktował - z ogromną troską i niemalże ojcowską miłością. Wszakże były wszystkim, co posiadał. Pomieszczenie, będące jednocześnie jego mieszkaniem i pracownią, rozświetlała naftowa lampa, wisząca przy staroświeckich drewnianych drzwiach. Drzwi te prowadziły do niewielkiego sklepiku, dzięki któremu młody lalkarz zarabiał na chleb. Sprzedawał w nim różne drobiazgi, bibeloty i ozdoby. Na półkach stały też lalki, lecz nikt nie kupił żadnej od wielu miesięcy. Zresztą Fabien nie lubił ich sprzedawać. Trudno mu było rozstawać się ze swoimi dziećmi, wiedząc, że już nigdy ich nie ujrzy. Mężczyzna miał piękne smukłe dłonie, a jego szczupłą twarz zdobiły bursztynowe oczy. Były głębokie niczym studnie, w których dnach odbijały się skrawki jego duszy, tajemnicze i pełne mistycyzmu. Jego wzrok na wskroś przeszywał czymś, co przypominało smutek i tęsknotę, jednak nie było ani jednym, ani drugim. Ostatni koralik, ostatni supełek i sukienka skończona. Popatrzył na nią, po czym przeniósł wzrok na lalkę, dla której uszył owe cudo. - No, Isabelle, skończone. Będzie leżała jak ulał. Wziął lalkę, chcąc założyć jej nowy strój, lecz zaraz zastygł w bezruchu, nasłuchując. Wydawało mu się, że usłyszał dźwięk dzwoneczka dochodzący ze sklepu. Ale przecież zamknął drzwi na klucz. Poza tym niemożliwe, by ktoś przyszedł w takiej pogodzie. To pewnie zmęczony umysł płata mu figle. Ubrał Isabelle, uczesał włosy maleńkim grzebykiem i ustawił ją na półce obok innych lalek. Jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czułym uśmiechem na ustach, gdy znów coś usłyszał. Teraz był pewien, że to dźwięk dzwoneczka. Tego dzwoneczka, który stał na sklepowej ladzie od wielu lat. W sklepiku stał stary zgarbiony człowiek o bosych stopach, odziany w jakieś brudne i podarte łachmany. Na głowie miał czarny kaptur, który prawie całkowicie zasłaniał twarz starca. Włosy jego były długie, spływały na wychudzoną pierś i miały bardzo dziwny kolor, jakby siwizny ubrudzonej błotem. Fabien zdziwił się na jego widok, bowiem od kiedy Chrystus po raz drugi zstąpił na Ziemię, na świecie nie było biedy ni nędzy, Nowy Świat pełen był dóbr i cnót, a grzechu ludzie nie znali. Skąd więc ten nędznik znalazł się tutaj, w jego sklepie? Po chwili przypomniał sobie, że drzwi są zamknięte na klucz, co tylko wzmogło jego zdziwienie i wzbudziło niemały strach. - Zrobi pan dla mnie lalki. Siedem lalek – powiedział niespodziewanie nieznajomy. - S…słucham? - Siedem lalek – odparł, sięgając po coś do kieszeni – a każdej w lewe oko włożysz jedno z tych ziaren. Położył na ladzie siedem niewielkich czarnych ziarenek o nieregularnym kształcie. - Po co panu siedem lalek? – zapytał Fabien, zastanawiając się jednocześnie, czy stojąca przed nim istota jest kobietą, czy mężczyzną. Głos i postura człowieka były jakby bezpłciowe. - One nie są dla mnie. Sprzedasz je ludziom. - Nie rozumiem. Jaki ma pan w tym cel? - Nie dyskutuj chłopcze, dobrze zapłacę. – wyjął spod złachmaniałego płaszcza sakwę, z której wysypał dziesięć złotych monet – Nazywać się będą: Luxuria, Gula, Avaritia, Acedia, Ira, Invidia i Superbia[1]. Postaraj się. Zaczęły się wiosenne roztopy. Fabien niemal nieustannie pracował. Zaniechał nawet udziału w niedzielnych nabożeństwach, które odbywały się w świątyni stojącej w centrum miasta. Słyszał w swoim domu głuche bicie kościelnych dzwonów, lecz nawet one nie wzbudziły w nim żadnych wyrzutów sumienia. Potrzeba modlitwy, towarzysząca mu dotychczas przez całe życie, nagle się ulotniła jak woń tanich perfum. Lalkarz nigdy nie zastanawiał się nad celem, jaki chciał tamten stary człowiek osiągnąć, dając mu to polecenie. Po prostu tworzył, wkładając w swą pracę całe serce, nie zaprzątając sobie przy tym myśli żadnymi błahostkami. Jego umysł był czysty, a zarazem bystry niczym górski potok. Tak minęła wiosna, piękna i ponętna niczym panna w barwnej sukni i kwiecistym wianku. Równie szybko upłynęły skwarne letnie dni, po czym przyszła złocista jesień, niosąc zaraz za sobą swą siostrę – jesień szarą i deszczową, ubraną w szaty melancholii. W dziesięć miesięcy po tamtym pamiętnym zimowym wieczorze lalki były gotowe. Były one najpiękniejszymi ze wszystkich stworzonych dotychczas przez lalkarza, który, patrząc na nie, sam nie mógł wyjść z zachwytu. Każda z lalek miała nieskazitelną porcelanową cerę, przyozdobioną delikatnymi plamkami różu na policzkach. Oczy, przypominające najdroższe klejnoty, okolone były gęstymi rzęsami, których nie powstydziłaby się największa dama, zaś maleńkie różane usteczka zdawały się być ciepłe i miękkie, gdyby tylko je dotknąć. Na misternie uszyte, kolorowe suknie opadały długie, ciężkie pukle, loki i kosmyki. Delikatne woalki przysłaniały drobne lalczyne twarzyczki, a http://www.lozbaszyn.oswiata.org.pl/joomla Kreator PDF Utworzono 7 March, 2017, 13:14 Liceum Garczyńskiego w Zbąszyniu koronkowe kapelusze rzucały nań cienie swymi szerokimi rondami. W każdym zaś lewym oku kryło się tajemnicze czarne ziarenko. Pewnego deszczowego popołudnia do sklepiku zawitała młoda i niezwykle urodziwa panna. Zanim weszła do środka, przyglądała się długo sklepowej wystawie. A właściwie patrzyła tylko na jedną z siedmiu stojących tam porcelanowych postaci. Czerwone falbanki sukni odsłaniały jasne nóżki lalki, a hebanowa czerń lśniących włosów dopełniała gamę kontrastujących kolorów. Nie sposób było nie zachwycić się tym widokiem. Kobieta, wchodząc do środka, złożyła swą niewielką parasolkę i ustawiła ją przy ścianie tuż obok drzwi. Jej długa suknia swym kolorem przywodziła na myśl dobre wino. Skręcone od wilgoci kosmyki opadały na jasne czoło, a alabastrowe policzki zaróżowiły się w chwili, gdy jej oczy napotkały spojrzenie lalkarza. Fabien także się zaczerwienił, lecz po chwili odwrócił wzrok. Poczuł falę ciepła przeszywającą jego ciało, a zaraz potem dziwny ucisk w piersi. Nigdy wcześniej nie czuł niczego podobnego. - Czym mogę służyć? – zapytał, wpatrując się w krople deszczu tańczące na szybie. Dziewczyna przez chwilę milczała. Chciałabym kupić tę lalkę z wystawy. Tę w czerwonej sukience. Lalkarz wziął więc lalkę ze sklepowej witryny, włożył do zdobnego pudełeczka, przewiązał błyszczącą tasiemką i położył pakunek na ladzie. Później patrzył, jak nieznajoma podaje mu dwie srebrne monety i chwyta pudełko delikatnymi dłońmi, które wydały mu się najcudowniejszymi dłońmi na świecie, piękniejszymi nawet niż rączki jego lalek. Cała wydawała się cudowna, niemal jak anioł o niebiańsko białej skórze, roztaczając wokół siebie słodką woń pachnidła. Po jej wyjściu Fabien jeszcze długo stał niemal w bezruchu, wpatrując się w miejsce za wystawową szybą, w którym ten piękny anioł zniknął. Gdy tylko stracił z oczu nieznajomą, niemal natychmiast poczuł cień tęsknoty. „Cóż za dziwne i niezwykłe rzeczy dzieją się ostatnio w moim życiu”- pomyślał. Nastała zima, coraz bliżej było też do Bożego Narodzenia. Jakże wielkie było zdziwienie młodego lalkarza, gdy pozostałe z wykonanych na obstalunek lalek zostały sprzedane, zanim jeszcze nadeszły święta. Ostatnią z siedmiu porcelanowych panien kupił wysoki, barczysty mężczyzna o smutnych oczach. Lalkarz dokładnie go zapamiętał właśnie przez to melancholijne spojrzenie. - Ależ moja Louise się ucieszy, gdy ją zobaczy! – powiedział, gładząc swą ogromną dłonią materiał sukienki. Pewnie miał na myśli swą córkę. Musiał ją bardzo kochać, bo jego oczy rozpromieniły się na chwilę, gdy wypowiadał jej imię. Wtedy serce sprzedawcy przeszyło chłodne i nieprzyjemne uczucie, którego nie zaznał nigdy wcześniej. Po chwili zrozumiał, że to samotność. Nawet ten smutny mężczyzna, ma kogoś, kogo może kochać, a on sam nie miał nikogo oprócz swoich lalek. Ale zimne, bezduszne lalki nie zastąpią ludzi. Są piękne, niektóre nawet wyglądają niemal jak żywe, ale nie posiadają serca, które dałoby im zdolność kochania. W tej samej chwili przywołał w myślach obraz nieznajomej, która przed niespełna dwoma miesiącami odwiedziła jego sklep. Myślał o niej tak, jakby była jedyną osobą mogącą odpędzić jego samotność. Niestety, od tamtego deszczowego dnia nigdy więcej jej nie spotkał, mimo że myślał o niej prawie codziennie. Może była w miasteczku tylko przejazdem albo już tutaj nie mieszka? Po Wigilii Świąt Bożego Narodzenia spędzonej w towarzystwie swych porcelanowych dzieci, tak jak wszyscy mieszkańcy, Fabien udał się na nabożeństwo, rozpoczynające się o północy. W ciągu ostatniego roku odwiedził świątynię tylko kilka razy, przez co czuł się bardzo źle. Uklęknął więc w bocznej nawie i począł modlić się gorliwie, pochylając nisko głowę. Modlitwa jednak nie przyniosła mu ukojenia, nie rozwiała niepokoju, który towarzyszył mu od długiego już czasu. Wychodząc ze świątyni po zakończonym nabożeństwie, ujrzał ją - nieznajomą, o której nie mógł zapomnieć. Znów jego ciało przeszył ciepły dreszcz, a klatkę piersiową coś ucisnęło tak mocno, że przez chwilę nie mógł złapać tchu. Dziewczyna jednak zaraz zniknęła w tłumie i Fabien nie mógł już jej dojrzeć spośród ciżby, zdążył jedynie usłyszeć, jak jakiś mały chłopczyk woła do niej: - Gabrielle! Wiesz, co dostałem pod choinkę? A więc na imię jej Gabrielle. Teraz, kiedy zobaczył ją po raz kolejny i poznał jej imię, już na pewno nie będzie w stanie o niej zapomnieć. Po powrocie do domu długo nie mógł zasnąć. Leżał na swym twardym posłaniu, wpatrując się w wirujące na tle granatowego nieba płatki śniegu, które raz po raz bezdźwięcznie uderzały o okienną szybę jak owady, próbujące letnią porą dostać się do mieszkania, niezmordowanie atakując niewidzialną przeszkodę. Gdy długo wyczekiwane znużenie w końcu zamknęło jego powieki, zaczęły dręczyć go senne koszmary, tak wyraziste i bezlitosne, że jeszcze po przebudzeniu ciało jego drżało jakby targane gorączką podczas pneumonii. W swym koszmarze widział ludzi, żałosnych i głupich, zagubionych w życiu i pogrążonych w grzechu. Mężczyzna o smutnych oczach, wziąwszy porcelanową lalkę w silne dłonie, roztrzaskał ją w gniewie o zimną podłogę. W kącie siedziała dziewczynka o ślicznej twarzyczce, okalanej złotymi puklami włosów. Spoglądała strachliwie na rozwścieczonego ojca, który zaraz zbliżył się do niej, poruszając się ciężko i sztywno, po czym uderzył ją mocno w lewy policzek. Z dziecinnych błękitnych oczu popłynęły cienkie strużki łez, a skóra po lewej stronie twarzy zaczerwieniła się jak podczas siarczystego mrozu. Obraz się zmienił i w śnie pojawiła się elegancka starsza kobieta, która też wydała się lalkarzowi znajoma. Ach tak, przecież ona kupiła jedną z siedmiu lalek. Tak jak smutny mężczyzna i kolejne osoby, które zobaczył w śnie. Na samym końcu ujrzał Gabrielle, a obok niej jakiegoś mężczyznę, dotykającego jej jasnej skóry, całującego smukłą szyję, wtulającego twarz w jej pachnące włosy. Ich palce splatały się, oddechy były szybkie i płytkie. W ciągu dnia Fabien nie mógł się na niczym skupić, jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co pokazał mu sen. Kolejnej nocy senne zjawy znów go nawiedziły, ukazując jego oczom te same istoty zagubione w swym godnym potępienia http://www.lozbaszyn.oswiata.org.pl/joomla Kreator PDF Utworzono 7 March, 2017, 13:14 Liceum Garczyńskiego w Zbąszyniu postępowaniu. Powtarzało się to codziennie, bez wyjątków. Co noc śnił te same osoby, coraz bardziej pogrążające się w tym, czego ludzie Nowego Świata nie powinni zaznać. Co noc widział tę, która zawróciła mu w głowie, pogrążającą się w grzechu nieczystości, co rusz z innym mężczyzną. Obrazy te raniły jego serce, choć były tylko fikcją stworzoną przez jego podświadomość. Tak przynajmniej myślał. Co jednak miało oznaczać to wszystko? Czy możliwe, że były to wizje czy proroczy sen, a nie zwykły koszmar? Zaczął się obawiać bardziej, niż czegokolwiek innego, iż może być prawdą to, że ludzie ci popełnili grzech. Ale przecież grzech został pokonany prawie czterysta lat temu, Szatan został skazany na odkupienie swych win, a zło ostatecznie wyplenione z tego świata! Odkąd Jezus Chrystus zstąpił na Ziemię, świat niezmiennie pozbawiony jest wszystkiego co nieprawe i nieczyste. To właśnie jest Nowy Świat. I nic nie ma takiej mocy, by go zniszczyć. Lalkarz przestał tworzyć porcelanowe postacie, zamknął sklep i przesiadywał całymi dniami przy starym dębowym stole, wertując niestrudzenie zakurzone tomiska, które dotąd zapomniane stały na półkach równie wiekowych jak większość mebli w tej niewielkiej pracowni. Zawarte w księgach słowa nie zawierały jednak odpowiedzi na jego pytania. Nie było też w nich przepisu na specyfik mogący uleczyć jego zbolałe serce oraz udręczony umysł. W ustach miał nieustannie kwaśny posmak kawy, której wypijał co najmniej tuzin filiżanek dziennie, próbując w ten sposób odpędzić sen. Ale ten zawsze w końcu przychodził, dręcząc go coraz bardziej i bardziej. Mężczyzna, i tak już szczupły, wychudł okropnie, skóra jego poszarzała, w zaledwie kilka dni stał się wrakiem człowieka. Patrząc w lustro, widział nędzną karykaturę Bożego dziecka, a im dłużej spoglądał na swe odbicie, tym większa kłębiła się w nim większa rozpacz, ustępująca czasami wybuchom wściekłości. Był to ostatni dzień roku, chłodny i wietrzny. Ciężkie śniegowe chmury, płynące ospale po niebie, przysłaniały poranne promienie słoneczne. Fabien leżał na niepościelonym łóżku, wpatrując się w sufit. Wydawało się, że cały jego zapał, talent i ambicje uleciały jak dym z papierosa, cicho i niezauważenie. Jakby z człowieka została tylko pusta skorupa, kiedy dusza odeszła, a ciało nadal żyło. Nie myślał już o Gabrielle. A raczej próbował nie myśleć, bo przecież trudno jest wyrzucić z pamięci osobę, która przychodzi każdej nocy w snach. W pomieszczeniu panował półmrok, okna bowiem były szczelnie zasłonięte bordowymi zasłonami, a płomień w lampie naftowej już dawno zgasł. Zza kamiennych ścian można było usłyszeć przytłumione głosy z zatłoczonych ulic, śmiech przechodniów, radosne krzyki dzieci, stukot końskich kopyt o oblodzoną drogę, rzadziej turkot samochodowych silników. Zupełnie tak, jakby za tymi ścianami znajdował się inny świat, zamknięty jednak i niedostępny dla samotnego mężczyzny. A może to on sam znajdował się w takim odosobnionym, niedostępnym dla pozostałych ludzi świecie? Za drewnianymi drzwiami rozebrzmiało dźwięczenie dzwoneczka. Fabien ani drgnął, mogłoby się wydawać, że udaje umarłego. Po chwili jednak wstał, powoli i niepewnie, domyślając się, kogo zastanie w sklepie. Tak jak przypuszczał, w sklepie czekał na niego starzec w podartych i brudnych łachmanach, ten sam, który nawiedził go przed niecałym rokiem. Wyglądał dokładnie tak, jak poprzedniej zimy, jakby czas i zmiany były dla niego czymś obcym. Odłożył dzwonek na ladę i ni to się uśmiechnął, ni wyszczerzył, pokazując obrzydliwe ciemnoszare zęby. - Witaj ponownie, młodzieńcze. Źle dziś wyglądasz – powiedział z niekrytą ironią, zachowując swój odrażający uśmiech na twarzy. Fabien nic nie odpowiedział. Patrzył na dzwoneczek stojący na ladzie, wspominając mroźny styczniowy dzień, gdy ten brudny, obdarty człowiek zawitał w jego sklepie po raz pierwszy. Przeniósł wzrok na drzwi. Były zamknięte na klucz. Teraz już doskonale wiedział, że istota, z którą ma do czynienia, nie jest człowiekiem. - Dziękuję, że spełniłeś moją prośbę. – kontynuował przybysz – Wiesz… - Kim ty tak właściwie jesteś? – przerwał mu niespodziewanie milczący dotąd mężczyzna. - Chcesz wiedzieć, kim jestem? Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytał nieprzyjemnym głosem – Jam jest tym, który sprzeciwił się Bogu, twemu Ojcu, tym, który skusił Ewę w rajskim ogrodzie! – niemal wysyczał na wspomnienie swej wężowej postaci – Jam jest tym, bez którego wy, nędzni ludzie, nie potraficie żyć! Jesteście słabi i żałośni, nie potraficie oprzeć się pokusie! Fabien patrzył na niego tępym wzrokiem, jak dziecko spoglądające na człowieka mówiącego w nieznanym języku. - Teraz już wiesz, czym były ziarna, które kazałem ci umieścić wewnątrz lalek, czyż nie? Dnia 14 stycznia 373 roku Nowego Świata w jednym z domostw na prowincji znaleziono ciało młodego mężczyzny. Uznano, że miało miejsce samobójstwo, będące Grzechem Śmiertelnym. Budynek, w którym zdarzenie miało miejsce, został spalony, a zgliszcza poświęcone przez kapłana. Została także powołana specjalna komisja, mająca za zadanie ustalić okoliczności pojawienia się grzechu w naszym świecie. Siedem diabelskich ziaren, ukrytych pod powłoką piękna i niewinności, zostało rozsianych po świecie. Ludzie, słabi i głupi, nie potrafili wyplenić kiełkującego w ich sercach grzechu. Oddali się złudnym przyjemnościom, które doprowadziły ich do klęski i pozwoliły pokonanemu przez Chrystusa Szatanowi odzyskać władzę. Człowiek zauważa swój grzech dopiero wtedy, gdy przybiera rozmiary potężnego stuletniego dębu, zło jest jednak mocniejsze i trwalsze niż jakiekolwiek drzewo. Wtedy jest już za późno, by usunąć je bez żadnych konsekwencji. Zawsze pozostanie po nim ślad, jak ścięty pień. A temu wszystkiemu winne są ludzkie słabości. [1] łac. nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, chciwość, lenistwo, gniew, zazdrość i pycha (Siedem Grzechów Głównych). http://www.lozbaszyn.oswiata.org.pl/joomla Kreator PDF Utworzono 7 March, 2017, 13:14