Od pierwszego wejrzenia
Transkrypt
Od pierwszego wejrzenia
Nora Roberts Od pierwszego wejrzenia Tłumaczyła Julita Mirska aa Nora Roberts Od pierwszego wejrzenia Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa ROZDZIAŁ PIERWSZY Pierwsze promienie słońca wynurzyły sie˛ zza gór, oświetlaja˛c swym blaskiem soczysta˛ zieleń drzew. Nieopodal coś zaszeleściło: to zaja˛c kicał po leśnym poszyciu. Na gałe˛zi przysiadł ptak, który śpiewał tak głośno i radośnie, jakby obce mu były jakiekolwiek zmartwienia czy troski. Wzdłuż drogi cia˛gne˛ły sie˛ płoty, gdzieniegdzie porośnie˛te wiciokrzewem. W powietrzu unosił sie˛ wonny, słodki zapach. Na odsunie˛tym od szosy polu farmer z synem pracowali przy zwózce siana. Dwukilometrowa˛ trase˛ do miasteczka Shane postanowiła odbyć pieszo. Gdy tak we˛drowała trawiastym poboczem, mina˛ł ja˛ tylko jeden 6 OD PIERWSZEGO WEJRZENIA samochód. Kierowca uniósł re˛ke˛ w geście pozdrowienia. Shane pomachała mu w odpowiedzi. Miło być z powrotem w domu, pomyślała. Odruchowo zerwała z wiciokrzewu rurkowaty kwiat i – jak wtedy, gdy była dzieckiem – wcia˛gne˛ła w nozdrza jego aromat. Potem rozgniotła kwiat w palcach; zapach przybrał na sile – kojarzył sie˛ jej z latem, tak jak zapach koszonej trawy i mie˛sa pieczonego na ruszcie. Tyle że lato miało sie˛ już ku końcowi. Niecierpliwie oczekiwała jesieni; wtedy góry wygla˛dały najpie˛kniej. Barwy drzew dosłownie zapierały dech w piersiach, powietrze było rześkie, świeże. Nawet jesienny wiatr brzmiał inaczej, bardziej tajemniczo. Jesień to pora palenia suchych liści i zbierania żołe˛dzi. Czasem jej sie˛ wydawało, jakby nigdy sta˛d nie wyjeżdżała. Jakby znów miała dwadzieścia jeden lat i szła z domu babci do sklepiku w Sharpsburgu po galon mleka albo bochen chleba. Jakby ruchliwe ulice Baltimore, pełne przechodniów chodniki i barwne tłumy, które widywała przez ostatnie cztery lata, były tylko snem, przywidzeniem. Jakby nie spe˛dziła czterech lat, ucza˛c w tamtejszej szkole, sprawdzaja˛c klasówki i ucze˛szczaja˛c na zebrania rady pedagogicznej. A jednak od jej wyjazdu mine˛ły cztery lata. Należa˛cy do babci wa˛ski pie˛trowy dom teraz należał do niej. Podobnie jak hektar zalesionej Nora Roberts 7 ziemi. Góry, lasy, ła˛ki nie zmieniły sie˛, czego nie można powiedzieć o niej samej. Pod wzgle˛dem fizycznym wygla˛dała prawie tak samo jak w dniu, gdy wyjeżdżała do Baltimore: niedużego wzrostu, szczupłej budowy, pozbawiona kra˛głości, o jakich zawsze marzyła. Twarz trójka˛tna, o świeżej, delikatnej cerze zaróżowionej na policzkach. Dołeczki pojawiaja˛ce sie˛ przy każdym uśmiechu. Nos mały, przysypany piegami, lekko zadarty. Oczy duże, ciemne, wyraziste; można było z nich wyczytać wszystkie emocje, jakich doznawała. Włosy naturalnie kre˛cone, w kolorze złocistym; zwykle nosiła je krótko przycie˛te. Opisuja˛c ja˛, ludzie najcze˛ściej używali słów: śliczna, słodka, pełna wdzie˛ku. Nienawidziła tych określeń. Choć sie˛ do nich przyzwyczaiła, znacznie bardziej wolałaby być postrzegana jako pie˛kna, zjawiskowa i oszałamiaja˛ca. Zbliżała sie˛ do ostatniego zakre˛tu – wiedziała, że za moment wyłoni sie˛ miasteczko. Tyle razy te˛dy we˛drowała: jako dziecko, jako nastolatka, jako młoda kobieta. Wszystko tu było znajome, tu budziło sie˛ w niej poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W Baltimore była odre˛bnym bytem, nigdy zaś cze˛ścia˛ całości. Śmieja˛c sie˛ głośno, ostatnie metry pokonała biegiem, po czym lekko zziajana wpadła do sklepu. Dzwonki przy drzwiach zadźwie˛czały melodyjnie, ogłaszaja˛c wejście klienta. 8 OD PIERWSZEGO WEJRZENIA – Cześć! – No, cześć – odrzekła dziewczyna za lada˛. – Ranny z ciebie ptaszek. – Zaraz po wstaniu stwierdziłam, że nie mam kawy... – Nagle spostrzegła leża˛ce na ladzie kartonowe pudełko z pa˛czkami. Oczy sie˛ jej zaświeciły. – Ojej, czy to sa˛ te z nadzieniem kremowym? – Tak. – Donna westchne˛ła z zazdrościa˛, patrza˛c, jak Shane podnosi ciastko do ust. Sama cia˛gle musiała liczyć kalorie, Shane zaś bezkarnie jadła za trzech. Przyjaźniły sie˛ od najwcześniejszych lat, choć różniły sie˛ jak dzień i noc. Jedna blondynka, druga brunetka; jedna niska i drobna, druga wysoka, o zaokra˛glonych kształtach. Shane była ryzykantka˛, zawsze przewodziła, uwielbiała przygody; Donna lubiła stać w drugim szeregu, nie wysuwać sie˛ na czoło; zwykle wskazywała na niedocia˛gnie˛cia lub słabe punkty planu, który przyjaciółka obmyśliła, po czym entuzjastycznie przyła˛czała sie˛ do zabawy. – No i jak ci sie˛ podoba na starych śmieciach? – Ogromnie – wymamrotała z pełnymi ustami Shane. – Prawie nie pokazujesz sie˛ w miasteczku. – Bo mam kupe˛ roboty. Dom sie˛ sypie. Babcia nie zawracała sobie głowy naprawami. – W jej głosie nuta żalu mieszała sie˛ z nuta˛ czułości. Nora Roberts 9 – Bardziej interesowała ja˛ praca w ogródku niż ciekna˛cy dach. Może gdybym nie wyje... – Przestań sie˛ obwiniać – przerwała jej Donna, ścia˛gaja˛c gniewnie brwi. – Przecież wiesz, że chciała, abyś przyje˛ła te˛ prace˛ w szkole. Faye Abbott zmarła w wieku dziewie˛ćdziesie˛ciu czterech lat; mało komu dane jest tyle cieszyć sie˛ życiem. W dodatku do samego końca była dzielna˛, dziarska˛ staruszka˛. Shane parskne˛ła śmiechem. – To prawda. Czasem wydaje mi sie˛, że wcia˛ż siedzi w kuchni na bujaku i pilnuje, czy na pewno pozmywałam wszystkie naczynia. – Odepchne˛ła od siebie wspomnienia, by przypadkiem sie˛ nie roztkliwić. – Widziałam w polu Amosa Messnera z synem... – Skończywszy pa˛czka, wytarła dłonie o spodnie. – Myślałam, że Boba capne˛ło wojsko? – Tak, ale swoje już odsłużył. Wyszedł tydzień temu. Wkrótce żeni sie˛ z dziewczyna˛, która˛ poznał w Karolinie Północnej. – Serio? Donna pokiwała z zadowoleniem głowa˛. Jako właścicielka sklepu na ogół wiedziała o wszystkim, co sie˛ dzieje w miasteczku. – Dziewczyna jest sekretarka˛ w kancelarii prawnej. W przyszłym miesia˛cu przyjedzie tu z wizyta˛. – Ile ma lat? – spytała Shane, sprawdzaja˛c wiadomości przyjaciółki. 10 OD PIERWSZEGO WEJRZENIA – Dwadzieścia dwa. Shane wybuchne˛ła śmiechem. – Och, Donna, jesteś niesamowita! Donna popatrzyła z sympatia˛ na swoja˛ najstarsza˛ kumpelke˛. – Ciesze˛ sie˛, że wróciłaś. Ste˛skniliśmy sie˛ za toba˛. – Gdzie Benji? – Shane oparła sie˛ biodrem o lade˛. – Z Dave’em na górze. – Na myśl o me˛żu i synku twarz Donny rozpromieniła sie˛. – Ten mały diabełek, puszczony samopas, rozniósłby sklep na kawałki. Po południu zamieniamy sie˛; Dave obsługuje klientów, a ja pilnuje˛ Benjiego. – Takie sa˛ korzyści, kiedy mieszka sie˛ w tym samym miejscu, co pracuje. Donna, która nie chciała niczego narzucać przyjaciółce, skwapliwie skorzystała z okazji, że Shane sama poruszyła temat miejsca pracy. – Powiedz, wcia˛ż myślisz o remoncie domu? – Nie myśle˛. Decyzja już zapadła. – Na moment Shane zamilkła, po czym, przeczuwaja˛c reakcje˛ Donny, szybko dodała: – Przyda sie˛ w miasteczku jeszcze jeden sklepik z antykami, a do takiego, który sa˛siaduje przez ściane˛ z muzeum, turyści na pewno be˛da˛ che˛tnie zagla˛dać. – Ale to takie ryzykowne – je˛kne˛ła Donna, która˛ przeraził błysk podniecenia w oczach przyjaciółki. Zawsze pojawiał sie˛ wtedy, gdy zamie- Nora Roberts 11 rzała podja˛ć kolejne szalone wyzwanie. – Koszty całego przedsie˛wzie˛cia... – Starczy mi pienie˛dzy, przynajmniej na pocza˛tek. – Shane wzruszyła ramionami. – Na razie moge˛ sprzedawać antyki po babci i stopniowo wzbogacać asortyment. Chce˛ tego, Donna – rzekła stanowczym tonem, widza˛c grymas na twarzy przyjaciółki. – Zawsze chciałam otworzyć własny interes. – Rozejrzała sie˛ po małym, doskonale zaopatrzonym sklepie. – Kto jak kto, ale ty powinnaś mnie zrozumieć. – Rozumiem, ale... ja mam Dave’a, który mi pomaga. Sama, w pojedynke˛, nigdy bym sie˛ na coś takiego nie odważyła. – Uda mi sie˛. – Shane zamyśliła sie˛. – Wiesz, oczami wyobraźni widze˛, jak to wszystko be˛dzie kiedyś wygla˛dało... – Czeka cie˛ ogromny remont. – Konstrukcja domu pozostanie bez zmian. Po prostu musze˛ go odnowić, dokonać paru przeróbek, naprawić usterki. – Machne˛ła lekceważa˛co re˛ka˛. – Ale to wszystko i tak musiałabym zrobić, gdybym chciała w nim zamieszkać. – A dokumenty, pozwolenia? – Już wysta˛piłam do właściwych instancji. – Opłaty, podatki... – Rozmawiałam z ksie˛gowym. – Uśmiechne˛ła sie˛, słysza˛c przecia˛gły je˛k. – Posłuchaj, mam świetna˛ lokalizacje˛, znam sie˛ na antykach i moge˛