Moja Droga Do Sukcesu
Transkrypt
Moja Droga Do Sukcesu
Rozdział 3 Moja Droga Do Sukcesu W tej części zastanawiamy się nad sposobami osiągania celów, mechanizmami odnoszenia sukcesów. Szukamy źródeł motywacji do sukcesów w postawie świadomego, ale innowacyjnego planowania celów. Pytamy o rolę samoświadomości i wizji celu w procesie osiągania tegoż celu. Robert opowiada o tym, w jaki sposób pracował na swoje sukcesy. Podaje konkretne rozwiązania i opisuje zachowania „sukcesu”. Zastanów się, w jaki sposób Ty planujesz swój sukces? W jaki sposób myślisz o swoich celach i sobie samym? Ty sam możesz być swoją największą inspiracją, jak i największym swoim wrogiem. Jesteś osobą, która odniosła niekwestionowany sukces. Nie jest to sukces przypadkowy - to sukces okupiony Twoją pracą, zaangażowaniem. Ale sukces, jak każde inne zjawisko społeczne, ma swoje ciemne i jasne strony. O sukcesie myślimy wszyscy, marzymy, planujemy go, ale nie wszyscy go odnosimy. Być może ktoś zazdrości Ci sukcesu, być może ktoś wzoruje się na Tobie. Opowiedz, jaki jest smak sukcesu, bo nie każdy może go zaznać. Słowo „sukces” w przypadku sportu jest kojarzone z medalem i z miejscem na podium. Ceremonia dekoracji na podium jest właściwie współczesnym rytuałem, synonimem osiągania sukcesu. Są wtedy medale, zdjęcia, transmisja na żywo, potem odbywają się niekończące się konferencje prasowe, pytania o wszystko, jakieś pokłony itd. To są czynności jak w każdym rytuale, powtarzalne, ale za każdym razem sukces, nawet eksponowany przez te same ceremonie, zyskuje inny wymiar. Bo każde zwycięstwo ma inną historię, każde wywalczone jest w innych warunkach, z innymi rywalami, a nawet, jeśli z tymi samymi, to już nie z takimi samymi! Właśnie, najistotniejsze dla mnie było to, że po każdym sukcesie stawałem 87 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu się trochę innym człowiekiem. Każdy medal czy rekord, a szczególnie okoliczności z nimi związane, wnosiły coś twórczego do mojego życia. Dlatego nie umiem odpowiedzieć na pytanie, które często mi zadawano w różnych wywiadach: „Który medal kocham najbardziej?” albo, „Który jest najważniejszy?”. Medale są dla mnie jak dzieci. Każde dziecko rodzi się w innym momencie naszego życia, każde jest trochę inne, ale kochamy je swoistą miłością. się podłączyć pod rozczarowanie, wyrazić swoje doświadczenie bycia „o krok od sukcesu” w jakimś obszarze życia. Jak to jest żyć po sukcesie? Musiałem uczyć się żyć ze swoimi sukcesami. Najtrudniejsze było pojęcie niematerialności i nieoczywistości osiągania sukcesu. Bo jest materialność, czyli atrybuty sukcesu - to są czasami duże czeki, to są nagłówki w gazetach z cyframi obrazującymi rekordy, to są dyplomy i listy gratulacyjne, czyli wszystko to, co się z wiąże z sukcesem i społecznym uznaniem. Ale gdzieś poza tym materialnym i społeczno-emocjonalnym odbiorem, jest człowiek i jego zwykłe życie. Przecież to ja, Robert, a nie pan Korzeniowski, jestem i idę dalej. Wciąż jestem tym samym człowiekiem, którym byłem, zanim zagrano mi Mazurka Dąbrowskiego! Jestem tą samą osobą, kiedy realizuję swój plan osiągania sukcesu, gdy sięgam po sukces i później - dalej bezwzględnie pozostaję sobą. To warunek udźwignięcia sukcesu i przesłanka do sięgania po nowe cele. Ale, zaraz! Przecież chyba największym moim krokiem ku sukcesowi było w pierwszej fazie udźwignięcie porażki. Paradoksalnie ona stała się zaczątkiem sukcesu. To właśnie ta porażka w Barcelonie, kiedy z powodów technicznych zdyskwalifikowano mnie na czterysta metrów przed metą, podczas gdy ja miałem pewny srebrny medal, sprawiła, że zacząłem być postrzegany przez społeczeństwo, jako osoba, która niemalże osiągnęła sukces. Nagle stałem się bardzo znany i popularny. Moja twarz przestała być anonimowa, na mój temat dyskutowano w windzie, w przerwie na papierosa, czy u przysłowiowej cioci na imieninach. O dziwo, zaliczając porażkę, będąc o krok od osiągnięcia sukcesu, w jakimś sensie byłem traktowany przez społeczeństwo jako człowiek sukcesu, który już jest właściwie gwiazdą, choć brak na to potwierdzenia. No właśnie brak mu czegoś... Tak, zapewne wielu kibiców widziało we mnie jakąś wspólnotę losów, kogoś nadzwyczajnie bliskiego. To była, moim zdaniem, pierwsza ważna lekcja. Nauczyłem się wówczas, żeby nie popaść w iluzję tego „quazi-mistrzostwa”. Tego, że „właściwie to ja już jestem na tym stadionie, a tylko zły świat mnie odrzucił”. Społecznie zaistniałem, ale realnie przecież nie zrealizowałem swojego planu. Sportowy bilans był dramatycznie negatywny. Nadal byłem o krok od medalu, choć inni traktowali mnie, jakbym go już zdobył! Odkryłem, że można wzruszać ludzi swoją historią. Choć sam po pewnym czasie uodporniłem się na nią, to dla wielu była ona ciekawa. Do dziś zresztą wchodzi do zestawu obowiązkowych pytań typu: „Panie Robercie, co tak naprawdę wydarzyło się w Barcelonie, co Pan wtedy czuł?”. Nie lubię na nie odpowiadać, ale ono wciąż wraca. Nie dorabiałem żadnej kolejnej historii do tej dyskwalifikacji. Scenariusze na temat tego, co się „naprawdę” wydarzyło, chciały być pisane przez wszystkich. W gruncie rzeczy mogłem być megabohaterem tabloidów. Całe szczęście, że w Polsce ich wtedy nie było! Gwarantuję, że byłbym po prostu gwiazdeczką obecną na wszystkich pierwszych stronach, która budziłaby zainteresowanie, być może nawet podpisałbym jakiś kontrakt sponsoringowy. Na dobry początek, żeby mnie czymś pocieszyć. Ludzie się zaangażowali w opowiadanie Twojej historii, bo ona ich poruszyła. Może emocje, które zobaczyli w Twojej osobie czy w tym zdarzeniu, pozwoliły im się zidentyfikować z Tobą - bo byłeś krok od sukcesu. Tak jak wielu z nas. Częściej zdarza się nam doświadczyć zamknięcia drzwi tuż przed nosem, niż poczuć je otwarte na oścież do sukcesu. Ich emocje i prawdziwość Twojego doświadczenia sprawiła, że mieli ochotę mówić, mieli ochotę kreować Cię na bohatera. Ludzie rozpoznali w Tobie tego, któremu „zły świat” uniemożliwił osiągnięcie sukcesu, a który mu się wewnętrznie należał. Mogli Tak, to rzeczywiście jest częste. Być o krok od czegoś? Już prawie jesteśmy zwycięzcami? Jeśli ktoś nas skrzywdził, zawsze przecież szukamy jakichś powodów zewnętrznych. Polacy czuli się tacy, jak ja po Barcelonie. Ileż takich przypadków można by skojarzyć! „Zły świat” tak naprawdę nas nie chce, nie lubi, okazuje się, że trzeba walczyć, trzeba pokazać jeszcze 88 89 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu Stałem się przez to bliski ludziom, to prawda. Całe późniejsze dojrzewanie do sukcesu czy budowanie realnego planu, odbywało się w atmosferze niebywałej bliskości z tymi, którzy razem ze mną przeżywali porażki, a którzy bardzo chcieliby przeżyć ze mną sukces. Później odnosiłem sukcesy różnej miary i w różnych okolicznościach. To jest relatywne, np. dzisiaj mówię, że srebrny medal jest pierwszym medalem pocieszenia po przegranej walce, ale wtedy - kilka miesięcy po dramacie Barcelony - mój srebrny medal na mistrzostwach świata halowych to był jednak sukces! Bardzo go wtedy tam, w Toronto, pragnąłem i potrzebowałem. Ludzi nie można zbyt długo epatować słabością. Nie mogę przecież ludzi zmuszać, by się wciąż nade mną litowali, nawet, jeżeli byłyby jakieś solidne podstawy ku temu, bo to przecież „nie całkiem albo zupełnie nie moja wina”. Myślę, że chwilowo społeczeństwo może „roztkliwiać się” nad kimś bliskim mu w porażce czy słabości, ale historia jest pisana przez tych, którzy odnoszą sukces. Dla przegranych i pokrzywdzonych nie ma miejsca w zbiorowej pamięci. Dowodem na to niech będzie fakt, że przez kilka lat po igrzyskach w Barcelonie owszem, zauważano moje sukcesy, ale już nie było tolerancji dla porażki czy kolejnych dyskwalifikacji. Jedna porażka czy druga była po prostu powodem do lawinowej bezrefleksyjnej krytyki. Nie wiem, może nie rozumiem tego zjawiska do końca. Tłumaczę sobie to tym, że ludzie nie chcą identyfikować się z kimś, kto ponosi porażki. Bo można sobie zakodować porażkę? Bo bohater mnie zawiódł? Co innego skrzywdzenie bohatera, porażka taka zobiektywizowana. Choć przecież zawsze mamy ją ochotę tłumaczyć jakimś przypadkiem czy okolicznością... Nie dotyczy to tylko mnie i mojego doświadczenia. To samo dotyczy drużyn w grach zespołowych. Rzadko się zdarza, że ktoś, kto jest prawdziwym fanem, chodzi na mecze drużyny, która przegrywa. Fan się szybko odwraca od drużyny, która przegrywa. A przecież, kiedy ona przegrywa, to potrzebuje uwagi swoich kibiców i wsparcia silniejszego niż przedtem. Ale nie, my nie lubimy doświadczać czyjeś porażki. Odrzucamy ją jak zarazę. Wcale nie przesadzam, bo bywało, że ja też czułem się odrzucony. Te doświadczenia niebywale mnie uodporniły na sukces. Porażka, a potem sukcesy przeplatane z porażkami, czyli cała moja droga do budowy mistrzowskiego ego. To był czas rodzenia się pokory wobec sukcesu, identyfikowania smaku porażki, doświadczania na przemian, używając metafory, prywatnego piekła i nieba. Wiedziałem, że jedno z drugim musi się przeplatać, bo nie ma w życiu sytuacji idealnych. Szkoda, że rzadziej wywołujemy w dyskusji 90 91 Czas na koncentrację - zanim zapełnią się trybuny. jeden „skrzywdzony” przypadek. Ktoś mógł powiedzieć np.: „Ja to bym tam rąbnął go w mordę”, „A ja to bym tam napluł, nakrzyczał, pokazał skurwielowi!”. Z mojej perspektywy stało się jasne dla mnie, że ta porażka była bardziej zrozumiała i przeżyta przez ogół społeczeństwa, niż gdybym, jako chłopak znikąd, sięgnął po srebrny medal. Stałeś się bliski przez doświadczenie porażki, niesprawiedliwości czy tzw. braku szczęścia, które każdy z nas w życiu ma lub będzie miał. Bohater z taką „skazą” spełnia rolę nazywaną w literaturze „everyman”. Jest zwyczajny. Podobny innym. Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu temat czyśćca, bo niektóre okresy do niego też bym porównał! Właśnie po takim czyśćcu jechałem do Atlanty. Byłem znakomicie przygotowany do startu. Wiedziałem, że mogę wygrać i jasno to zapowiedziałem. Mogło to zabrzmieć nieco arogancko, lecz to był objaw jakiejś świadomości tego, co się zdarzy. Zrobiłem już tak wiele i tak dobrze, że ten jeden krok po złoty medal był poniekąd oczywisty. Miałem silną świadomość, że po prostu się wydarzy. Po raz pierwszy przeżywałem coś w rodzaju pokornego skupienia w oczekiwaniu na to, co się ma stać. Wiedziałem, miałem dowód na to, że byłem dobrze przygotowany, ale nie wpadałem w euforię. Miałem ochotę mówić i zresztą powiedziałem czytelnikom krakowskiego Dziennika Polskiego: „Ludzie, poczekajcie. Włączcie o odpowiedniej porze telewizory i po prostu poczekajcie na to, co ma się wydarzyć. Ja jestem spokojny”. To moje poczucie harmonii było zapowiedzią tego, że zdarzy się coś dużego, dobrego... Czułem, że dojrzałem. Renata Mauer10 zdobywa pierwszy złoty medal olimpijski. Paweł Nastula11 zdobywa złoty medal, zapaśnicy seryjnie wchodzą na podium. I ja patrzę w telewizor i im zazdroszczę. Nie im personalnie, ale zazdroszczę tego, że w ich dyscyplinach nie podlegają tej piekielnej temperaturze i temu klimatowi, bo walczą w klimatyzowanych halach. Wiem, że przez ten dosłownie piekielny klimat mogę mieć kłopot ze zrealizowaniem się właśnie teraz. Na kilka dni przed moim pierwszym startem w Atlancie wykonuję zaledwie połowę treningu. Jestem ugotowany, upieczony jak kurczak na asfaltowym kawałku trasy, który miał być podobny do trasy w Atlancie. Ścierały się we mnie dwa światy - te emocje i udręka codziennej temperatury i niemocy oraz świadomość tego, co wykonałem wcześniej. Musiałem sobie jeszcze raz całe życie opowiedzieć. Byłeś pewny siebie, swojej kondycji, swojego przygotowania? Tak po prostu pewny siebie, nie. To nie był efekt chwilowej wiary w siebie. Rok wcześniej wygrałem brązowy medal mistrzostw świata. Owszem, ludzie już wiedzieli, że mogą czegoś ode mnie oczekiwać, ale przede wszystkim ja wiedziałem, czego mogę oczekiwać od siebie. Czułem, że przyszedł czas, by się zmierzyć z sukcesem. Pamiętam wciąż ten ostatni tydzień, tę ostatnią prostą, kiedy już wiedziałem, że jest naprawdę dobrze. Tylko, że na drodze do wspomnianej prostej musiałem pokonać rozliczne wyboje i zakręty. Trzeba było najpierw ten sukces załatwić, wygrać w walce sam na sam ze sobą, żeby potem go móc zrealizować. W Atlancie też to wszystko, co było wynikiem mojej ciężkiej pracy i realizowania planu krok po kroku, mogło być zburzone. Ta cała moja pewność siebie, realne przygotowanie. Pamiętam, że byłem wściekły na klimat. Byłem absolutnie, metodycznie i strategicznie przygotowany. Rok wcześniej rozpoznałem warunki, znalazłem miejsce dla adaptacji w La Grange - jakieś 100 km od Atlanty. No i gdy zaczynały się igrzyska, temperatura osiągnęła 38 stopni, a na stadionie treningowym wisi czerwona flaga, czyli znak, żeby nie wychodzić na stadion, nie trenować, bo faktor temperatury pokazuje tam sto dwadzieścia stopni Fahrenheita, czyli wiatr, wilgotność. Jakaś kompletna katastrofa! Ale nikt i nic mnie nie zwalnia z przygotowań do kolejnego startu życia. Ja dalej muszę trenować, nie zwalniam rytmu. 92 Mówisz o doświadczeniu zbudowania w sobie historii sukcesu w chwili zagrożenia. Stworzenia z tych fragmentów doświadczenia, które Cię już stworzyły, historii człowieka, który odnosi sukces, a nie historii człowieka, który się podda niekorzystnym warunkom. Rozumiem, że przeciwności mogły przesłonić wizję celu i zaburzyć przekonanie, że odniesiesz sukces. Tak, to był dialog z sobą i ciągłe tworzenie siebie jako tego, który odniesie sukces. I to był sukces! Bo sukcesem było pójść następnego dnia na trening i przekonać siebie samego, że skoro są takie zewnętrzne warunki, to mój organizm ma prawo tak zareagować. Powiedziałem sobie jednak, że zawody są dopiero za sześć dni i jeszcze wszystko dojdzie do normy. No i tak się stało. Najpierw startowałem na dwadzieścia kilometrów i wtedy jeszcze potrzebowałem potwierdzenia. Te zawody na dwadzieścia kilometrów miały mnie utwierdzić w przekonaniu, że jestem dobry, że jestem gotowy sprawdzić trasę i że na pięćdziesiątkę będę mógł powalczyć o wszystko. To był taki pośredni etap, mogłem spanikować po kiepskim treningu i w ogóle nawet do tej dwudziestki nie przystąpić! Dobrze mi poszło, zająłem ósme miejsce i potem musiałem się zmierzyć ze wszystkimi wątpliwościami. Znowu temperatura 29 stopni, ale wilgotność 93% __________ Renata Mauer-Różańska – polska zawodniczka w strzelectwie, specjalistka w strzelaniu z karabinu pneumatycznego i karabinu kulowego z trzech postaw, dwukrotna mistrzyni olimpijska. 11 Pawel Nastula – polski judoka, mistrz olimpijski (Atlanta 1996), dwukrotny mistrz świata, trzykrotny mistrz Europy. Od 2005 roku zawodnik mieszanych sztuk walki (MMA). 10 93 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu do 100 %. Moi koledzy zdobywają medale. Ja jestem już gotowy, ale to oni zdobywają medale i ciągle nie wiadomo, co przyniesie następny dzień, jakie będą warunki? Słyszę, że ludzie mdleją, kibice upadają na stadionie. To był kolejny etap walki z samym sobą. I musiałem zaliczyć jeszcze jeden sukces - w uciszaniu tych niepokojów i emocji. Ten moment był krytyczny dla mojego dalszego rozwoju. Po raz pierwszy w życiu właściwie nie spałem przed zawodami. Oczy zmrużyłem może na trzy kwadranse, a może godzinę... Z korytarza dobiegał gwar rozmów zawodników drużyny najbardziej przegranej z przegranych na tych igrzyskach. Nasi siatkarze nie wygrali nawet jednego seta, ale w środku nocy super rozbawieni wrócili do akademika, w którym usiłowałem usnąć i zdążyć wyspać się przed pobudką o 4 rano. Pod moimi drzwiami była kilkucentymetrowa przerwa, przez którą wlewał się ich śmiech. Wyobraź sobie, że leżę tam za drzwiami, dzielą mnie od nich metry, cztery, a może pięć... Ja jestem o kilka godzin od możliwości wyrażenia się w sukcesie, oni nie mają już nic do stracenia, kompletnie ignorują stan mojego ducha i ważność tego etapu mojego życia. Trudno ich za to winić, ale takie są fakty. Znowu muszę sobie zbudować jeszcze raz to poczucie i wiarę w sukces i wizję samego sukcesu... Muszę skupić się na swoim doświadczeniu, zadbać o swój następny krok, a nie przejmować się kolegami. zbudowanej między wizją osiągnięcia celu, a planem i oceną swoich możliwości. Taki stan „wiem, że mogę to zrobić”. Mówi się czasem, że chęć działania oznacza samo działanie. Intencja, która w pewnym sensie kreuje rzeczywistość, bo kieruje naszą uwagą i sprzyja realizacji swojego planu. To jest nawet pewność, że tak będzie. To tak, jakby widzieć nie możność czy możliwość, ale realność tego, co będzie. Psycholodzy opisują takie zjawisko załamania się czy depresji po osiągnięciu celu, zwłaszcza znaczącego i ważnego, można nawet powiedzieć - życiowego. Poczucie jakiejś dezintegracji i niepokoju pojawia się np. po wygranej w totolotka, po wybudowaniu domu, po zrealizowaniu wieloletniego planu. Jak było u Ciebie? Czy to chodzi o to, aby osiągnąć stan maksymalnego skupienia uwagi i całkowitego oddania się zadaniu? Bo opisujesz taki rodzaj zmagania się ze sobą, w którym musisz walczyć z tym, aby nie dać się wytrącić ze stanu równowagi i harmonii wewnętrznej, Na igrzyskach ważne jest, aby zdobyć medal, ale jak to bardzo odmienia wszystko w życiu, tego nie wie nikt, dopóki po prostu tego nie doświadczy. Mistrz olimpijski jest najwyższej rangi tytułem sportowym, wpływa na życie i na osobowość w sposób nieodwracalny. Musiałem udźwignąć sukces medialnie, społecznie, biznesowo, rodzinnie. Wszystko stało się inne. Określenie „mistrz” nabrało w końcu i ostatecznie innego wyrazu. Jako mistrz olimpijski w oczach społeczeństwa stałem się wyrocznią, wzorcem - czy tego chciałem, czy nie. Ludzie mają niczym niepoparte oczekiwanie, by ktoś, kto jest w czymś dobry, znał się na wszystkim! Straszne, bo można w to uwierzyć, popaść w pułapkę „znania się na wszystkim” i zacząć opowiadać coś na temat, o którym nie ma się pojęcia. Poza tym musiałem się np. oswoić z tym, że nagle w Krakowie, kiedy kasuję bilet w tramwaju, ludzie patrzą na mnie jak na dziwaka. Dziwią się, dlaczego jeżdżę tramwajem? Ale ja dalej chciałem jechać gdzieś tramwajem. Przez chwilę czułem się jak w obcej skórze. Bo przecież w mojej świadomości dalej byłem ja, tylko jeszcze nie umiałem sobie uświadomić tego, co ludzie widzieli we mnie z tym, kim byłem sam według siebie. W momencie, kiedy ogłosi się wszem i wobec czyjś sukces, ludzie zakładają temu człowiekowi pewien garnitur czy maskę, możemy to różnie nazwać. To jest bardziej wyobrażenie ludzi o tym człowieku, o mistrzu, o jego sukcesie, a tak mało jest w tym wyobrażeniu jego samego. Strasznie ważne było to, abym zrozumiał, że tak mnie widzą i że dla nich naprawdę tak jest i nie ma 94 95 No i był sukces. Sukcesem na początek tego pięknego dnia było to, że po bardzo krótkim śnie obudziłem się z niezachwianą wiarą w siebie. Byłem spokojny, zharmonizowany wewnętrznie. Świat mnie interesował tylko w takim zakresie, w jakim był mi potrzebny. Nie interesowało mnie to, czy coś powiedziałem dziennikarzom, czy ta noc trwała trzy kwadranse, czy cztery godziny, czy ci siatkarze mnie wkurzyli. Nie dotyczyło mnie nawet to, że kilkanaście dni wcześniej nie byłem w stanie zrobić treningu. Ja po prostu przechodziłem do akcji i koniec. To było ważne, zapanować nad sobą. Stać się mistrzem dla samego siebie. Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu odpoczynek. I dopiero wtedy, kiedy już miałem zbudowany plan wyjazdu i perspektywę bycia sam na sam ze sobą, poczułem się lepiej. Poczułem, że znowu wieje jakiś prawdziwy wiatr na moim stadionie Wawelu, że to jest realne otoczenie, że stoję na mojej bieżni, że patrzę na ten budynek klubowy, na który patrzyłem od lat i że to jest ten sam realny świat, który był tutaj przed wyjazdem na igrzyska. Strasznie potrzebowałem powrotu do rytuałów, które mi towarzyszyły wcześniej, czyli do pójścia do tej samej szatni, do zjedzenia w tej samej restauracji. Chciałem jeszcze raz powiedzieć sobie: „OK, dobrze, jestem już tym człowiekiem sukcesu, jestem tym mistrzem, ale moje życie w nowej roli może toczyć się z poszanowaniem i bez straty dla tego, co było do tej pory”. Mam takie prawo. Inni też muszą przyjąć, że mam prawo jeździć po igrzyskach tym samym samochodem, którym jeździłem wcześniej, że mam prawo do tankowania na tej samej stacji benzynowej, czy jedzenia w kasynie Wawelu, bądź restauracji, do której zaglądałem przed ozłoceniem. Owszem, w tej restauracji zauważyłem, że nie siadam już przy wejściu, tylko gdzieś w głębi sali, odruchowo, stopniowo się przenosiłem coraz głębiej. Praca w harmonii z naturą. Ludzie się przyzwyczajają i możesz być normalnym człowiekiem. powodu, aby z tym walczyć. Ludzie bowiem kupują pewne symbole, chcą ich i koniec. Musiałem jak najlepiej zidentyfikować to, z czym się mnie utożsamia, ale jednocześnie nauczyć się żyć, pozostając sobą. Bo ja przecież dalej chciałem być, krótko mówiąc, po prostu sobą. To był najtrudniejszy do osiągnięcia sukces, który okupiłem cierpieniami wręcz fizycznymi. Nie potrafiłem zarządzać sobą pod względem kontaktów z ludźmi czy z mediami. Np. przyjmowanie gratulacji stało się w pewnym momencie tak uciążliwe, że gdy tylko widziałem szampana, to, po prostu dostawałem dreszczy. Podobnie było z prośbą o jeszcze jedno zdjęcie czy wpis do księgi pamiątkowej. Miałem tego dość, a jednocześnie obawiałem się, aby nie zamroziło to we mnie potrzeby pobycia sam na sam ze sobą. Ludzie tak mnie zmęczyli, że chwilami przestawałem słyszeć własne myśli i to było coś koszmarnego. Pamiętam, kiedy dopiero po sześciu tygodniach od złotego medalu w Atlancie, stanąłem na treningu, to poczułem wyraźnie, że muszę poszukać siebie. Zaplanowałem wtedy wyjazd do sanatorium na Tak, wtedy się przyzwyczają. Pamiętam, kiedy wyjechałem do tego sanatorium po Atlancie. To był ośrodek przygotowań olimpijskich Cetniewo we Władysławowie. Miałem tam przejść cykl odnowy biologicznej, fizycznej - ale tego akurat potrzebowałem w drugiej kolejności. Przez pierwsze dwa dni zamknąłem się w pokoju, wychodziłem tylko na plażę, na spacer - to był już późny październik, nad morzem nie było nikogo. Miałem „ludowstręt”, kompletny „ludowstręt”. Czytałem jakieś strasznie ogłupiające gazetki, w których nic nie było - ani na temat sportu, ani nic o mnie. Musiałem się absolutnie odmóżdżyć, uciec od ludzi i zacząć oddychać na własne konto. Nie oddychać czyimś powietrzem, nie żyć według narzucanego mi rytmu. Musiałem wyznaczyć sobie na nowo swój własny rytm. To zajęło mi jakiś czas. Myślę, że dzięki temu, że wróciłem do siebie, uchroniłem się przed stereotypowym życiem mistrza olimpijskiego. Uniknąłem zaliczania kolejnych etapów obowiązkowych dla mistrza. Czyli człowieka, którego wozi się po jarmarkach i szkołach jako tego, który jest najlepszy, który wygrał. I który, co najgorsze, zaczyna sam wierzyć w to, co 96 97 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu o nim mówią. Miałem taką zasadę, żeby zawsze, kiedy pewien super ważny etap zamykałem, mieć dosłownie chwilę na publiczne podsumowanie tego, co się stało, na podzielenie się pewnym przemyśleniem, wynikiem, refleksją, ale potem, niemal natychmiast, uciekałem w rejony odosobnienia, które pozwalały mi na odbudowanie własnego ja, na wsłuchanie się w ten swój wewnętrzny głos. Traktowałem to niemalże jak obowiązkowe ćwiczenie. Tak, jakby mi ktoś wpisał jeden miesiąc treningu związanego z rozumieniem siebie, rodzaj takich zadań, które są związane z większym wysiłkiem mózgu, a nie nóg. Ten typ „treningu” realizowałem najczęściej w fazie jesiennego roztrenowania i odnowy biologicznej, a w formie skróconej, za to wyjątkowo intensywnej, na około tydzień przed głównymi zawodami sezonu. Była to w istocie jednoczesna odnowa ducha i ciała. Pierwsza faza to absolutna ucieczka, zamknięcie się na bodźce zewnętrzne, to zaspokojenie chęci posłuchania własnego oddechu, nawet bicia serca. Odzyskiwanie mojego wglądu w siebie było tym skuteczniejsze, kiedy w sposób niemalże hedonistyczny mogłem robić rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Mogły to być banały, np. jedzenie zakazanych przez rozsądek, ale podpowiadanych przez serce pyszności, słuchanie ulubionej muzyki, czytanie, zwiedzanie miejsc w najbliższym obozowym otoczeniu z aparatem w ręku. Najważniejsze w tej fazie - niezależnie od czynności związanych z przyjemnością - było to, by nie dopuścić do mojego otoczenia jakichkolwiek osób, które destabilizowałyby tworzącą się właśnie harmonię. Tym osobom, które już ze mną były, musiałem wyznaczyć korzystne dla budowania mojej równowagi i harmonii role. Zaraz po ustaleniu, że wokół mnie wszystko gra i w ogóle jest przyjemnie, rozpoczynał się drugi etap - etap rodzenia się ważnych myśli. One początkowo swobodnie sobie krążyły, a ja musiałem się przyzwyczaić, że myśli wirują bez składu i ładu, przerywają się, rozpoczynają się nowe wątki. Pozwalałem na to. Mówiłem sobie, że daję im szansę - niech się wyszaleją. Te myśli pozwalały mi na przeprowadzenie analizy tego, co się wydarzyło. Zastanawiałem się nad sytuacjami, które wpłynęły na obecny etap i jego realizację, wywoływałem i analizowałem wizję związaną z sukcesem, nie pojedynczym aktem, ale raczej procesem, z całym kontekstem, czyli okolicznościami, które mu towarzyszyły. Była to swobodna, jeszcze kompletnie niekierowana racjonalnie, burza myśli. Dotyczyła przeszłości, choć już wtedy pojawiały się istotne elementy z przyszłości, które stopniowo zaczynały dominować. Musiałem spokojnie, przez tydzień, a czasem i przez dziesięć dni, pobyć sobie z tymi myślami. Potem pojawiała się kolejna faza. Faza planów. Budowałem sobie plan, taki plan bardzo strategiczny, perspektywiczny. Budowałem także plany krótsze i weryfikowałem je pod kątem współgrania z moimi zamierzeniami. Musiałem zastanowić się, w jakim stopniu były one zrealizowane, co zrobiłem, a co jeszcze mogę dla siebie zrobić? Analizowałem równie głęboko tak sukcesy, jak i porażki, bo i one, choć dotkliwe, były tylko i aż, kolejnymi krokami do osiągnięcia celu. W 1999 roku, po zdobyciu w serii mistrzostwa olimpijskiego, mistrzostwa świata i Europy, byłem faworytem Mistrzostw Świata w Sewilli, ale niestety rozminąłem się z nimi, kończąc zawody po dyskwalifikacji na 39. kilometrze. Nie dałem rady. To też trzeba było jakoś przemyśleć. Niesamowicie podniecała mnie zawsze ta faza budowania planów. Mam wówczas poczucie, że osiągam stan harmonii ducha i ciała, bo moje zbolałe ciało było już wyleczone, zaś moja dusza odnajdywała się na nowo- cała posklejana, ale moja własna. Moje JA miało jasny wyraz, mogłem pisać, mogłem myśleć, mogłem budować. Po takiej terapii, bo tak to sobie nazywałem, nie miałem żadnego problemu z przygotowaniem sobie planu - nawet bardzo konkretnego na 365 następnych dni, łącznie z wyznaczeniem dat etapowych oraz faz odpoczynku. Wiedziałem, że w środku sezonu potrzebuję momentu wyciszenia, refleksji, podobnie jak pod koniec sezonu. Wtedy aplikowałem sobie swoją terapię, zestaw ćwiczeń fizyczno - mentalnych pod hasłem: odpoczynek, sanatorium i budowanie planu tego, co przede mną. Z uwagi na te regularnie zachodzące zjawiska intensywnego rozmyślania i planowania, mój rok rozpoczynał się w listopadzie, tuż po październikowym roztrenowaniu i strategicznym zamyśleniu. 1 stycznia mentalnie była u mnie już co najmniej wiosna, środek sezonu. To była moja droga. Uważam, że odpoczynek i towarzysząca mu analiza to zawsze była faza krytyczna. Widziałem wielu utalentowanych zawodników, którzy nie pozwalali sobie na takie „marnotrawstwo czasu”, jakim według nich była faza wyciszenia i zasłuchania. Wielu z nich, chociaż wydawałoby się, że dysponowali wszystkimi atutami, nie zyskiwało 98 99 Jak konkretnie wyglądało u Ciebie to powracanie do siebie? Ten trening rozumienia siebie? Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu najlepszych wyników na miarę oczekiwań czy dotychczas zajmowanej pozycji. Sądzę, że na taką terapię może pozwolić sobie mistrz, który ma pełną świadomość budujących go doświadczeń i pragnień, ma świadomość własnego ja. Powinien odczuwać potrzebę perfekcyjnego zadbania o siebie. Nie tylko odnowy biologicznej, bo można wyjechać na dziesięć czy dwanaście dni i, rzeczywiście, organizm jest w stanie się zregenerować. Tylko, że wówczas wrócimy z tego wyjazdu tuż przed momentem usłyszenia wewnętrznego głosu. To nie było proste, ale i w tym wypadku trzeba było być konsekwentnym, bo wiedziałem, że trzeba dojść do momentu szczerości z samym sobą i dopiero wtedy sięgnąć do wizji, do redefinicji celu, do zbudowania planu. To mi dawało zawsze gigantyczną siłę. Redefiniowało mój potencjał. Następowała tak silna identyfikacja z tym, co robię, takie związanie z wizją tego, co ma nastąpić w ciągu następnych miesięcy, czasami nawet lat, że plan, choćby był najbardziej ambitny, stawał się w końcu realny. Większość ludzi ma zapewne takie poczucie, ale najtrudniej jest rozpocząć pierwsze okrążenie na stadionie. Ale kiedy już je rozpoczną, to pokonanie kolejnych 400 metrów przychodzi bez trudu. Ja, gdy wchodziłem na okrążenie zwane kolejnym rokiem, już byłem właściwie na mecie. Po głębokiej analizie doskonale wiedziałem, jak to okrążenie ma przebiegać. Im bardziej precyzyjnie zostało zaplanowane, tym łatwiej było je skwitować sukcesem. Po prostu czułem, że kolejne ważne osiągnięcie, sukces jest tylko kwestią czasu, a nie kwestią przypadku czy okoliczności zewnętrznych. To było wyrysowane i zaplanowane. Oczywiście, ktoś mógł być ode mnie lepszy - przecież to sport, ale wtedy miałem analizować porażkę i wyznaczać nowy plan. to potrafi. Wiedzieć, że zdobędę swój cel, bo wszystko, co było w planie zrealizowałem. I nigdy się nie wahałeś? Nie miałeś żadnych obaw czy wątpliwości? Nie musiałeś sobie robić przeglądu, aby móc się upewniać, czy wszystko w porządku? Ależ oczywiście, że były wahania i wątpliwości. I robiłem sobie kontrolne zapisy. I ostatecznie, gdy stawałem sam przed sobą już na tydzień przed głównym zadaniem, to sprawdzałem po raz kolejny czy jest ciągłość między tym, co sobie rok wcześniej założyłem i tym, gdzie miałem być i jaki miałem być. Miałem prawo do tego, by uspokoić siebie i wszystkich innych, że teraz jest czas na realizację tego właśnie zadania. I mistrz 100 To taki stan, kiedy wyobrażenie celu jest bardzo silne i związane z naszymi własnymi emocjami. To jest coś, co chcemy, co jest dla nas ważne, co ma dla nas osobisty sens. Ale jednocześnie jest to realne i możliwe, bo nie jest to tylko „nasze chcenie”, ale i nasza praca przełożona na kilkanaście czy kilkadziesiąt zadań i wymagań. Jeśli spełnimy wymagania, zrealizujemy zadania i mamy nadal wiarę i chęć działania, to możemy czuć i wiedzieć, że stanie się to, czego pragniemy - osiągniemy cel, zrealizujemy swój sukces. Nie łut szczęścia, ale nasz sukces. W psychologii znany jest mechanizm egotyzmu atrybucyjnego12. Zgodnie z tym mechanizmem mamy zwyczaj widzieć źródła naszych sukcesów w naszych własnych cechach i zdolnościach, czyli sukces własny tłumaczymy czynnikami wewnętrznymi. W odniesieniu do sukcesów innych ludzi mamy odmienną perspektywę, zazwyczaj dość automatycznie sukces innych wiążemy z czynnikami zewnętrznymi - mówimy „udało mu się”, „była dobra pogoda” itp. Z kolei porażki traktujemy odmiennie: moja porażka to wynik niekorzystnego splotu okoliczności, ale porażki innych to na pewno (!) dowód ich ułomności i słabości (czyli czynników wewnętrznych). Taki mechanizm chroni nas przed konfrontowaniem się z realnością. Jak rozumiem, Ty mówisz o odwadze w analizie. O wyłamaniu się przytoczonego powyżej automatyzmu oceny zdarzeń. Zgadzam się z Tobą - to jest trudne i wymaga pracy nad sobą. Bo nie wszystko idzie gładko. Ten trud widać przy porażkach czy trudnościach napotykanych w realizacji planu. Pamiętam kilka sytuacji, które mogłyby wywrócić wszystko do góry nogami. To były najczęściej przypadki zdrowotne. Np. w 1998 roku, przed Mistrzostwami Europy w Budapeszcie, na dziesięć dni przed startem zatrułem się salmonellą w trakcie treningu na Słowacji. Na dwa dni przed startem nawet lekarz nie miał wątpliwości, że nie mogłem startować. Pa__________ Egotyzm atrybucyjny: błąd w ocenie własnego wpływu na zdarzenia pozytywne i negatywne, wyolbrzymianie własnej roli w zdarzeniach pozytywnych (np. upatrywanie przyczyn sukcesów w sobie, własnych cechach i zdolnościach) i zaprzeczanie temu, że mamy coś wspólnego ze zdarzeniami negatywnymi (upatrywanie przyczyn porażek na zewnątrz, w sytuacji). 12 101 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu miętam, jak dzwoniłem do Krakowa z informacją, że mają być gotowi na mnie w szpitalu zakaźnym, bezpośrednio po moim powrocie. Ale nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że mam w tych zawodach nie wystartować! Powiedziałem sobie, że jeżeli będzie tylko cień dyspozycji, to z tego cienia muszę zrobić demona, który mnie poniesie dalej. No i cud się wydarzył. Na dobę przed zawodami zrobiłem trening, nawet na tym treningu nic mi się nie działo. Trening? Nie, to nie był trening! Ja wyszedłem poruszać się. Ale już to, że wyszedłem poruszać się, pokazało mi, że jestem dobry, że żołądek zaczyna ze mną współpracować w trakcie wysiłku. Przez dwadzieścia cztery godziny robiłem z moim mózgiem ćwiczenia skierowane na odnajdowanie w sobie wszystkich pozytywów, a ciało wtedy zaczynało mnie już wspierać. Znowu następował ten sam proces - najpierw głowa, umysł i widzenie siebie, potem opowiadanie sobie swojej historii, a potem reakcja, czyli odpowiedź ciała. Przed startem, w call roomie, potrafiłem już powiedzieć Tomkowi Lipcowi13 rankiem, kiedy zdecydowałem się na ten start: „Tomek, rozwalamy te całe towarzystwo, nie?”. Popatrzył na mnie jak na wariata. Zwariowałem? Po tym, co przeszedłem? On przyszedł piąty, a miał wszelkie szanse, by nie tylko wejść na podium, ale nawet ze mną wygrać. Też się zatruł, ale chorobę tylko fizycznie pokonał, mentalnie nadal w nim siedziała. Natomiast ja właściwie nigdy jej do siebie mentalnie nie dopuściłem, bo choć cały czas byłem jeszcze na marchewce i na kleiku, to tak sobie przemyślałem okoliczności zdarzenia, że jadłem tak nie dlatego, że chorowałem, ale dlatego, że dzięki tej diecie mogłem wygrać! Może to jest ten mechanizm, o którym mówisz, że nie dopuściłem do tego, aby zewnętrzne okoliczności opowiedziały za mnie moją historię! złoto olimpijskie - Sydney 2000”. Był 1998 rok i ten złoty Citroen drwił sobie ze mnie. Stał pod moimi drzwiami, przed wejściem do hotelu. I patrzyłem na niego, wracając ze szpitala, po kolejnych badaniach, idąc na kroplówkę. Ja, Robert, po prostu pacjent. Myślałem sobie: „Co za idiota to napisał”. Ale potem pojawiała się myśl: „Skoro napisał, to znaczy, że tak ma być”. Na gruncie tego buntu, tego niezaakceptowania tego, że jestem słabszy - wygrałem. To była tajemnica, oczywiście. Nikt nie wiedział o naszej - mojej i Lipca - kondycji przed zawodami. Oczywiście, potem opowiedzieliśmy o tym, co się wydarzyło, ale w reprezentacji wiedział o wszystkim tylko prezes i lekarz, bo żadna informacja nie mogła dotrzeć do rywali czy mediów. Można powiedzieć, że wziąłeś życie w swoje ręce. Czy raczej w sidła swojej wizji. Organizm jest narzędziem do pracy. Organizm jest narzędziem, które porusza naszą myśl. Myślami nadajemy znaczenie temu, co nas otacza. Ostatecznie wystartowałem w zawodach na 50 kilometrów i je wygrałem. Wygrałem mimo wszystko. Pamiętam, jaki byłem wściekły jeszcze przed zawodami. Miałem wówczas początek kontraktu z Citroenem i na drzwiach Citroena miałem napisane: „Robert Korzeniowski w drodze po __________ 13 Tomasz Lipiec - polski chodziarz, dziennikarz i Minister Sportu, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. 102 Przypomina mi się jeszcze jedna historia. Przed Paryżem 2003. Miałem świetnie prowadzony trening i - jak grom z jasnego nieba - pojawia się ból w lewym boku. Już prawie wracam z treningu. Ostry ból. To była sytuacja zagrożenia świetnie wypracowanego planu! I dość typowa reakcja jak na mnie. Absolutny brak akceptacji dla tych obiektywnych przesłanek, które miały eksponować moją słabość, a nie siłę. No, bo przecież ta słabość nie mogła zdominować tego, co było dalej we mnie wypracowane, dobre, mocne i co było solidne. W związku z tym nawet przez moment nie dopuszczałem do siebie myśli, że mam się tutaj poddać. To jakie dopuszczałeś myśli? W jaki sposób obudziłeś w sobie pragnienie osiągnięcia celu i wypracowania innej drogi. W jaki sposób Twój umysł Ciebie posłuchał, abyś nie skupiał się na chorobie, na tym chorym boku, na osłabionym organizmie, tylko na wizji celu i możliwościach? Bo to była przecież wówczas możliwość. Było kilka racjonalnych przesłanek. Skupiłem się na tym, aby je pozyskać dla siebie. Musiałem wykonać jednak uprzednio parę sprawdzianów. Musiałem sprawdzić, czy aby jestem w stanie dostatecznie głęboko oddychać. Wtedy na piętnaście dni przed startem w Paryżu, byłem jeszcze na zgrupowaniu kadry w Spale. Po blokadzie nerwu międzyżebrowego, bo to on mi tak dokuczał, musiałem zrobić trening progresywny, który potwierdził, że moja przepona, o dziwo, ale jednak funkcjonuje. „To, że mnie tutaj boli to trudno - powiedziałem sobie - ale obiektywnie rzecz biorąc system zaczyna funkcjonować”. Zrobiłem taką analizę SWOT. Powiedziałem sobie: 103 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu „O bólu można przecież zapomnieć, można go zignorować, bo jak emocje się pojawiają, to bólu nie ma”. Najważniejsze, aby nie zdradziła mnie moja przepona. Na tym się skupiłem. I moja przepona zaczęła funkcjonować - to sprawdziłem. Więc jest dobrze. Czyli znowu szklanka jest do połowy pełna. Kiedy zauważyłem, że największą niedogodnością jest spanie na lewym boku, to zacząłem spać na prawym. I ten lewy bok był zawsze na górze. ataku rywala, na jakieś jego innowacje i tak dalej, spodziewamy się tego. Innym razem pojawiają się trudności wewnętrzne, a z tymi walczyć jest najtrudniej. Czyli najpierw rzetelna analiza sytuacji... Tak. To był pierwszy krok. Potem musiałem jeszcze raz sięgnąć do wizji, jaką miałem związaną z tymi mistrzostwami. Określić sobie wagę tego, co mam zrobić. To było dla mnie strasznie ważne, bo tymi mistrzostwami w Paryżu, wtedy, kiedy bolał mnie ten bok, otwierałem sobie, a właściwie kończyłem pisać akapit człowieka niepokonanego między jednymi a drugimi igrzyskami. Nie mogłem być pokonany. Ból miał mnie pokonać? Jeżeli funkcjonuje system i tylko mnie coś boli, to znaczy, że jestem w stanie to pokonać. Taka była moja postawa w stosunku do tego zdarzenia. Skupiłeś się na tych elementach, które funkcjonują prawidłowo. Umiejscowiłeś czynnik bólu w perspektywie całości swojego funkcjonowania. Wiązałeś swoje doświadczanie siebie z wizją, którą wcześniej miałeś. Tak. Miałem bardzo poważne atuty w postaci świetnie zrealizowanego planu całego roku. Przepracowałem 300 dni, więc stwierdziłem, że te cztery, pięć dni wyłączenia nie mogło zrujnować wszystkiego, co zbudowałem wcześniej. To była bardzo poważna analiza, to nie było samo chcenie, bo przeanalizowałem racjonalnie możliwości, potem wróciłem do wizji mojego celu i stwierdziłem, że następuje tylko pewna modyfikacja planu, ale cel: zwycięstwo i ostatni etap pozostaje niezmienny. Naturalnie, gdybym w dalszym ciągu nie mógł się podnieść z łóżka, gdyby żadne leki nie zadziałały, no to nie stanąłbym na starcie. To byłoby zwyczajnie idiotyczne. Ale skoro istniały jakiekolwiek przesłanki za tym, żeby nie ustępować z drogi ku zwycięstwu, a finał przygotowań z wygraną na mecie był jedynym obowiązującym scenariuszem, to nie widziałem powodu, by coś miało mi zagrozić. Przecież zawsze, gdy walczymy o sukces, pojawiają się okoliczności dla nas niekorzystne, zawsze. Raz one są zewnętrzne, ale z nimi najłatwiej sobie radzimy, bo jesteśmy przygotowani, np. na odparcie 104 Mając w sobie te doświadczenia, co poleciłbyś osobom, które stają w momencie realizacji ostatniego etapu? Po prostu musimy być przygotowani na to, że nawet, kiedy idzie świetnie, mogą się pojawić okoliczności, których nie mogliśmy wcześniej przewidzieć. To stanowi element sztuki wygrywania. Trzeba być przygotowanym na to, że z każdej strony może przyjść atak, z wewnątrz czy zewnątrz. Trzeba skupić się na tym, co prowadzi mnie do sukcesu, jak pokonać przeszkody, jak wspomóc siebie. Jak uczyć się na własnych porażkach? Bo to nie wstyd ponosić porażki, to nie jest słabość. Słabością naszą będzie niewyciągnięcie wniosków z tego błędu, z tej porażki. Są porażki. Będą zawsze. Najistotniejsza jest analiza. Dokładna, sumienna i szczera wobec samego siebie. Ja też mam swoje porażki. Bywało przecież, że i ja przegrywałem zawody, tak jak w Sewilli w 1999 roku. Analizowałem, dlaczego tak się stało, jakie były czynniki. W którymś momencie czułem się zagubiony, zacząłem myśleć nie własnymi myślami. Wstrzymałem indywidualny trening mentalny i nie dopuściłem do wsłuchania się w siebie. To był mój błąd. Porzuciłem własny styl i własny rytm. I potem jeszcze jedno. Otóż w ogóle nie byłem przygotowany na to, że ktoś zacznie mi dawać kartki, wnioski, ostrzeżenie. Że na trasie ktoś dokona ataku na pozycję lidera i nie jest to ktoś, kogo ja podejrzewałem o to, że to zrobi. W ciągu całego tego procesu dojrzewania, przez te wszystkie lata, ten jeden raz dałem się zwieść temu, że już jestem mistrzem i że muszę budzić szacunek, respekt. Raz stanąłem z medalem na szyi do walki i to nie była... ... wygrana walka. I to nie była wygrana walka, bo ona nie mogła być wygrana. Kolejne sukcesy, po które sięgnąłem, czyli między innymi dwa złote medale w Sidney, przyszły na bazie powrotu do, nomem omen, korzeni, czyli do budowania pełnej harmonii, planu z wizualizacją celu, ale jednocześnie 105 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu z oparciem się w analizie na bardzo racjonalnych przesłankach. Wróciłem do swojego rytmu pracy. Wyciągnąłem wnioski z tego doświadczenia porażki, bo odkryłem dwa niesprzyjające mnie samemu oddziaływania i moje nań reakcje. nauczycieli, a nawet rodziców, którzy nie lubią chwalipiętów, uczniów czy dzieci zbyt pewnych siebie. Gdzieś to jest u nas ciągle takie niemodne. Uważam, że nie można było z góry zakładać planu B na miejsce drugie. Nie zgadzam się z tym, że nie wypada samemu sobie powiedzieć, że jestem najlepszy i że mam wygrać. Dlaczego nie wypada? Czego mam się wstydzić? Tego, że wykonałem kawał świetnej roboty? Tego, że wszędzie gdzie miałem być dobry, byłem dobry i sprawdziłem się w zadaniach etapowych? Tego, że teraz mogę sięgnąć po to, co jest szczytem moich marzeń? I co, mam sobie teraz mówić, że „właściwie, to zobaczymy...”? Jeżeli takiego wirusika myślenia zachowawczego sobie wszczepię, to jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że ten upragniony cel w końcu osiągnę. Sukcesem nie jest zdobycie tego medalu, ale sukcesem jest dojście do niego. Sukcesem jest dalsze dojrzewania w tym mistrzostwie po zrealizowaniu faktu, który przez innych jest obiektywnie traktowany jako sukces. Sukcesem jest dla mnie wygrywanie życia, wygrywanie pracy, wygrywanie rozwoju i nieuleganie sukcesowi. Skoro ma być lepiej, to musi być inaczej. Trzeba zatem zrobić coś inaczej. Nie można ciągle robić tego samego i oczekiwać lepszych rezultatów. Dokładnie tak. Co było (analiza), co ma być (wizja) i jak to zrobić, aby uzyskać lepsze rezultaty (strategia). Co jeszcze wówczas zrobiłem? Np. dokonałem głębszego przewartościowania cech i pozycji rywali, przygotowałem się do zamknięcia wszystkich swoich sukcesów gdzieś tam - w szkatule zwanej historią. Do rywalizacji w Sydney podszedłem jakby z otwartą kartą i absolutnie perfekcyjnym i wielkim doświadczeniem. I to poskutkowało. Wtedy powiedziałem sobie, że nie walczę w Sydney o jeden medal, tylko walczę o dwa medale. Ale, koniec końców, walczę o zwycięstwo. Nigdy nie zapomnę tej sceny, kiedy otworzyłem mój kalendarz. Ten, w którym wpisywałem treningi i najważniejsze zadania. I pamiętam datę „22 września” i „27 września”. To były dwie daty, kiedy miałem walczyć najpierw na dwudziestkę, potem na pięćdziesiątkę. I zacząłem od daty 27 września. Miałem wtedy wystartować na pięćdziesiąt kilometrów. W linijce odpowiadającej tej dacie napisałem „wygrać”. Cofnąłem się w kalendarzu o tydzień i zawisłem nad datą 22 września. Byłem o krok od wpisania „zdobyć medal”. Pamiętam, spociłem się, a wewnętrznie rozgrywała się jakaś wojna. Dokonałem silnej retrospekcji tego, co wypracowałem już w tym bieżącym sezonie, gdzie byłem wtedy, kiedy sobie wymyślałem ten plan i gdzie teraz jestem, po czym powiedziałem sobie: „koniec wahania” i napisałem: „wygrać!”. Zatem sukces zaczął się w Twojej głowie. Podjąłeś decyzję. Często mówimy np. jako coachowie: „Masz wybór”, „Weź odpowiedzialność”, „Ty sam jesteś twórcą swojego sukcesu i swoich ograniczeń”. Tak. Uważam, że jesteśmy uprawnieni do tego typu wniosków. Mamy pełne prawo przyznać się przed sobą, że pragniemy tego sukcesu i że umiemy po niego sięgnąć. To jest coś, co dziś jest zabijane w nas przez 106 Wiesz co, jak Ciebie słucham, to mi się przypomina pojęcie sytuacji kryzysowych. Kryzysem może być równie dobrze ślub, ciąża lub narodziny dziecka albo śmierć bliskiej osoby czy choroba. Kryzysem może być zdobycie mistrzostwa, medalu, bo tego typu wygrana jest ewidentnie nienormalną sytuacją, bo... nie zdarza się codziennie. Kryzys oznacza w tym momencie konieczność podjęcia życia w innej roli - staje się coś, co powoduje, że nie można być dalej tą samą osobą. Ten proces stawania się inną osobą (ale dalej sobą) musi przejść przez pewne etapy: pierwszy etap czy stan to odreagowanie i szok. Mówiłeś o tym, jak po sukcesie stanąłeś na boisku podczas treningu i poczułeś wreszcie wiatr. Odzyskałeś kontakt z realnym światem. Tak. Przedtem byłeś taki odrealniony, nieobecny. W psychologii mówi się „depersonalizacja” czy „derealizacja”. Podobnie ludzie mają, jak się na przykład dowiadują o chorobie albo zaraz po wypadku. Są w takim transie, tak. 107 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Patrzymy się na to trochę tak, że „ja, ale jakoś nie ja”. To, co się dzieje, jest takie odległe. Potem przychodzi potrzeba przepracowania emocji, bo to zdarzenie sprawiło, że nagromadziły się różne emocje. Trochę nienormalne... To znaczy one są normalne w tej konkretnej sytuacji, która się nam wydarzyła, ale odwołując się do tak zwanej normalności, czyli codziennego życia, to one są nienormalne. Bo zdarzyło się nam coś niezwykłego, niecodziennego... Reagujemy normalnie na nienormalną sytuację. Ale dla większości ludzi i dla mnie tego zwykłego, przed tym wydarzeniem, one są... nie do udźwignięcia. Muszę się pooglądać, zrozumieć siebie: Dlaczego mam taką silną emocję? A co to dla mnie znaczy? A dlaczego to ja? Dlaczego tak zrobiłem? Dlaczego mi się to stało? Czyli takie oglądanie tego zdarzenia z wielu różnych stron... I do tego potrzebni są inni ludzie, bo tylko emocje i myśli, które są wyrażane, mówione czy zapisane, są czymś, co podlega kontroli. Inaczej są tylko impulsem, który przepływa przez moją głowę. On jeszcze mnie nie buduje, jeszcze nie umiem z tego skorzystać. To ten etap sanatorium i ćwiczeń mentalnych i fizycznych, o których opowiadałeś. A tak, tak. Czyli te emocje i różne myśli przełożyły się na taką rzecz, jaką jest plan działania i cel. To trzeci etap, który nazywa się nadawaniem sensu. Tu już ludzie są uwolnieni od ciężaru cierpień i bólu. To raczej akceptacja, czasem euforia lub świadomość sensu życia. Nic dodać, nic ująć. I już mogą oddychać pełną piersią. To doświadczenie jest nadal naszą przeszłością, czasem bardzo trudną, ale nie jest już źródłem bólu i cierpienia. Teraz jeszcze trzeba sobie powiedzieć, czego mnie to nauczyło. Jaką ja wartość z tego wynoszę? A dopiero potem w naturalny sposób pojawia się integracja z życiem: już wiem, czego mnie to nauczyło i teraz łączę TO z moim życiem. Życiem bogatszym o pewne doświadczenie i wartości. Sensowna i przekonująca teoria. Mnie się sprawdza. 108 Moja Droga Do Sukcesu Myślenie nie męczy. Kłopot polega na tym, że kultura czy normy społeczne pomagają nam tylko w pierwszych etapach - jako społeczeństwo mamy taką wiedzę, że najpierw trzeba człowieka jakoś wesprzeć, potem trzeba go wysłuchać. Będzie się pytał, dlaczego tak się stało, ale nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Są bardzo różne odpowiedzi - każdy może mieć inną. Pomaga nam choćby ów egotyzm atrybucyjny. To umiemy jako społeczeństwo. Ale w tych następnych etapach nikt nie pomaga w dochodzeniu do znaczenia tych zdarzeń, w zrozumieniu, jaki mają sens, jaką lekcję mam z tego wyciągnąć, jaki wniosek i jak to wdrożyć w życie, czy połączyć ze swoim życiem, aby to nie stało się jakimś osobnym bytem. Przypomina mi się to, co mówiłeś o tych sportowcach, którzy nie umieli być sami ze sobą, musieli zagadywać siebie i innych. I pozostawali utalentowanymi sportowcami. To nasza własna odpowiedzialność i nasza własna praca. Tak. Nie potrafili wyciągnąć wniosków. Uważałem zawsze, że na sportowca zaraz pod podium powinien czekać psycholog. To jest pierwsza 109 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu osoba, do której powinien trafić. Nie trener, ale psycholog. Bo pomagamy psychologicznie tym, którzy są w sytuacji porażki, które słusznie uważamy za kryzys. Natomiast kompletnie nie zauważamy „kryzysowości” sytuacji sukcesu, a jest to czasami jeszcze głębszy kryzys niż sama porażka. Bo po porażce jesteśmy w stanie, bardzo często, a nawet szybko, zbudować sobie jakiś mały plan B i pójść do przodu. Z sukcesu mało ludzi jest się w stanie podnieść. Bardzo mało. Pamiętam zachwyt, co mi schlebia bardzo, komentatorów francuskich na zawodach w Edmonton14. To był 2001 rok. Zdobywam rok wcześniej dwa złote medale w Sydney. I oni po prostu nie mogą uwierzyć, że wygrywam Mistrzostwa Świata 2001, podczas gdy 90% wszystkich gwiazd z Sydney po prostu rozpłynęło się w kryzysie sukcesu, absolutnie. Tylko, że ja między Barceloną z 1996 roku a Edmonton, czyli rokiem 2001, na tyle mocno przepracowałem emocje związane z sukcesem, tak jak mówiłaś, i na tyle dobrze siebie poznałem, że potem nie dałem się zwieść żadnej euforii, choć nie unikałem wyrażania radości z sukcesu. Wiedziałem, że to, czego się nauczyłem, jest istotną wartością. To, czego mi potem bardzo brakowało w pracy w korporacji, to właśnie możliwości takiego bezwzględnego zarządzania czasem potrzebnym na refleksję. Uważam, że nikt w korporacji się o to kompletnie nie troszczył, żeby menadżer, od którego bardzo wiele zależało, mógł mieć odpowiedni stan ducha, umysłu, by dalej mógł realizować zadania i rozwijać się. A jak siebie to i firmę. A to takie ważne, aby mieć ten stan refleksji! Największe czy najciekawsze rzeczy robiłem wtedy, kiedy wprowadzałem w życie trening mentalno - fizyczny. Miałem świadomość jego ważności. Wszystkie najważniejsze etapy nadal staram się budować w oparciu o ten urlop, o ten wyjazd, o przejście tej ścieżki, która została mi wyznaczona przez moje sanatoria. Te wyjazdy pozwoliły mi na zbudowanie dystansu do siebie samego. Niemniej jednak zrozumienie dla potrzeby istnienia tego etapu i proponowanie tego procesu ludziom, którzy mają nadawać kierunek firmie, jest na ogół zerowe. Z reguły każdy chwali się tym, że jest fenomenalnie zapracowany. Goni w piętkę i w ogóle to już nie pamięta, co robił miesiąc lub dwa temu. Tak jakby dla niego to było jakąś wartością. Ale on tak naprawdę już nie wie, co wdraża. Co robi. Nie ma punktu odniesienia do tego, co sobie założył pół roku wcześniej. Nie chcę twierdzić, że tak jest we wszystkich firmach. Ale w tym naszym pracoholizmie, w jakim się wszyscy zanurzamy, to mniej więcej tak wygląda. Bo organizacja nie jest gotowa na zmiany. To duży twór, system, który nie zmienia się łatwo. Potrzeby pojedynczych ludzi rozwijają się w innym tempie. Na ogół kompletnie brakuje połączenia wszystkich wątków i narysowania celu, który jest obiecujący. W zastępstwie mówimy sobie na tym rozbieganiu - ja już mam takie a takie doświadczenie, mam dyplom, jakiś certyfikat czy inny ważny papier. Ale chwileczkę, ale... kim ty jesteś? Zastanów się! Co w danym momencie prezentujesz sobą? Jaki jest twój kierunek działania? Jaki masz cel, czy masz jasność myślenia? Jakie posiadasz aktywa? Na ogół uciekamy od tych myśli. Tak, a przecież wcale nie musimy czekać na wielkie epokowe wydarzenia, aby... Tak, organizacja zupełnie nie jest gotowa. Raczej trwa. Czasem jest bierna, pomimo że wielu ludzi, którzy w niej pracują, jest potencjalnie nośnikiem zmiany. Refleksyjni menadżerowie nie zawsze są w centrum życia organizacji. __________ 8. Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce - zawody sportowe, zorganizowane przez IAAF, które rozgrywane były na Stadionie Wspólnoty Narodów w Edmonton w sierpniu 2001. Polacy zdobyli pięć medali, w tym dwa złote - dla Roberta Korzeniowskiego (chód na 50 km), Szymona Ziółkowskiego (rzut młotem), i trzy brązowe - dla Pawła Czapiewskiego (bieg na 800 m), Moniki Pyrek (skok o tyczce) oraz sztafety 4 x 400 metrów mężczyzn (Rafał Wieruszewski, Piotr Haczek, Piotr Długosielski, Piotr Rysiukiewicz oraz Jacek Bocian – eliminacje). 14 110 Czyli jesteśmy utalentowanymi biegaczami albo innymi utalentowanymi sportowcami. Na ogół tak. Mamy potencjał, rozwijamy swoje kompetencje. Realizujemy mniej lub bardziej sprawnie swoje zadania. Tylko pytanie, co mi to daje, tak? Aby zacząć myśleć. Tak, by zacząć myśleć generalnie! Każdego dnia ten sam proces następuje, bo każdego dnia mamy moment tworzenia. Kiedy wstajemy, otwierając oczy, nagle znowu ogarniamy ten świat, który jest wokół nas i on 111 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu jest... znowu nasz! I jest pewien moment, gdy musimy go sobie odtworzyć w pewnych rutynowych czynnościach. Znowu ustalić „dystans” do tego, co nas otacza i wyznaczyć kierunek myślenia w kontekście zadania „na dziś”, wpisującego się w element celowego planu. Jak to konkretnie u Ciebie wygląda, takie reflektowanie siebie samego? Tworzenie swojej rzeczywistości? Tak. Ale to musi być oparte jednak na refleksji, nie tylko na emocjach: lubię - nie lubię. Bo tylko działanie, poparte refleksją, daje szansę na pełny sukces. Uwielbiam np. tę refleksję, która przychodzi o poranku - najbardziej na mnie wpływa. Potem jest w ciągu dnia ten drugi moment, kiedy przychodzi czas na podsumowanie - najlepiej wieczorem. Bez tego rozpoczęcie kolejnego dnia, który zawsze jest dla mnie pewnym mikroetapem, byłoby zwykłym automatyzmem, prowadzącym do bezmyślności i do nieefektywnego, a nieraz i szkodliwego działania. Gdy widzę, że zaczyna mi się pojawiać symptom bezrefleksyjnego automatyzmu, to po prostu przestaję wykonywać to, co robię. Posiadłem przez te lata pracy z sobą umiejętność dostrajania siebie oraz wyczulenia na odbieranie sygnałów automatyzmu czy jałowości. Wzbudzają one u mnie poczucie irytacji. Nie lubię też u siebie wrażenia główkowania zamiast myślenia, takiego podgrzewania szarych komórek do jazdy na „jałowym biegu” - że niby muszę coś tutaj stworzyć, za chwilę coś sklecę itd. Najlepszym przykładem jest pisanie felietonów. Felieton jest pewną całością z konkretną puentą. To nie komiks, gdzie obrazki i onomatopeje zastąpią realną treść. Jeszcze nigdy mi się nie udało stworzyć felietonu na jałowym biegu - zawsze musi być element pewnej refleksji. Skojarzenia faktów. Owszem, jesteśmy w stanie też dokonywać pewnego rozwinięcia już w trakcie pracy. Bo jeżeli jesteśmy do niej odpowiednio przygotowani, czyli mamy tzw. punkt zaczepienia (np. mamy ideę czy wizję), to pracując nad zadaniem otwierają się kolejne rozdziały, czyli możliwości. Nie warto czekać na stuprocentową projekcję dzieła, bo wystarczy mieć jego wizję, szkic i odpowiednie kompetencje, by móc ruszyć do pracy. Jeżeli bowiem mam wizję i wiem, w którym kierunku zmierzam, to mam mocną podstawę. Jestem przekonany, że mój umysł będzie za mną podążał, to właśnie ja nad nim panuję i kształtuję rzeczywistość. Są takie sytuacje, kiedy szczególnie łatwo jest mi odnaleźć główny nurt biegu moich myśli. Dzieje się to, kiedy robię umiarkowanie intensywny trening, wsłuchując się w rytm serca, kiedy słucham jakiejś muzyki, przeglądam zdjęcia lub czytam książkę. Kiedy samotnie uczestniczę w czymś, co jest dla mnie dodatkowym strumieniem energii płynącej trochę z innego świata. Tak, muszę być wtedy sam, bo na pewno takie zawieszenie w słuchaniu własnych myśli nie przebiega dobrze w tłumie otaczających mnie ludzi. Na przykład tzw. małpia piątkowa balanga, jak ją sobie nazywam. Zdarza się większości „zawodników biorących udział w wyścigu szczurów”. Takie kompletne odreagowanie, ale bezmyślne. Bo cały tydzień, codziennie, czyli pięć razy w tygodniu pędzimy od zadania do zadania, od super pilnej sprawy do innego równie ważnego priorytetu. Więc odpadamy w piątek. Impreza. Tylko, że ona prowadzi w gruncie rzeczy do poczucia jakiejś nieustającej frustracji. To typowa jazda na jałowym biegu. Nie twierdzę w żadnym razie, że nie wolno bawić się czy wręcz poszaleć w gronie przyjaciół. Tak, jak najbardziej tak. Dla poprawy samopoczucia, dla relaksu. Jednak nie osiągam wtedy innego celu niż zwykłe odreagowanie, nie pozwalam sobie wówczas na posłuchanie samego siebie, zagłuszam swój głos wewnętrzny... Szczególnie, jeżeli impreza jest poparta alkoholem czy innymi używkami. Mam takie wrażenie, że fundujemy sobie reset, ale tak naprawdę to jest ersatz. To jest ogłupienie. Mnie chodzi raczej o to, aby po ciężkiej pracy i zrealizowaniu choćby mini etapu, jakim był zamykany tydzień, stworzyć sobie szansę odbudowania harmonii swojego wewnętrznego świata. Skupić się na swoich emocjach, wyłowić najważniejsze wnioski na następny krok. Dopiero to pozwala mi iść dalej, choćby przez całe siedem kolejnych dni. Czyli stan nie tyle zresetowania się, ile bardziej uspokojenia, wyciszenia i zdystansowania. Tak. To jest bliżej uspokojenia i zasłuchania, niż zdystansowania. Choć na pewno jest to próba spojrzenia na siebie z zewnątrz. W psychologii jest taki konstrukt. Posłuchaj, czy to jest coś podobnego. Mamy zewnętrznego obserwatora i wewnętrznego obserwatora. Gdy w czymś uczestniczymy, to wówczas działa ten 112 113 Dystans rozumiany jako odtworzenie swojego stosunku emocjonalnego do świata, jako nadanie znaczenia, własnego subiektywnego znaczenia, tym elementom rzeczywistości, tak? Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Studniówkowy polonez w LO im. Mikołaja Kopernika w Tarnobrzegu. Robert Korzeniowski pośrodku z muszką. Luty 1987. Moja Droga Do Sukcesu Są w stanie nieustającej ucieczki od rzeczywistości, kontynuując taką swoistą terapię znieczuleniową. Tak jak na wspomnianej piątkowej imprezie. Właściwie to jest ta tabletka, którą zagryzamy sobie gdzieś tam, aby ukoić ból zęba, i tyle. „Dam radę”. „Damy radę”. Ale o co nam tak naprawdę chodzi? Jak sobie wyobrażasz swoje dalsze życie? wewnętrzny obserwator. Wtedy liczy się działanie i aktywność. Coś się dzieje. A zewnętrzny obserwator to jest moment, kiedy ja się na siebie patrzę. Nie działam, ale analizuję to, jak działam. To mi przypomina trochę kuchenną rozmowę z Twoją mamą. Kiedy przyglądałeś się swoim emocjom i próbowałeś odszukać w tym sens, cel? Ja to tak rozumiem, że mówisz o balansie między pozycją zewnętrznego i wewnętrznego obserwatora. Aby „wiedzieć, co przeżyłeś”, jak pisze Maria Janion. Jestem produktem świata sportu, świata ciągłej rywalizacji i walki o wyniki, lecz nade wszystko świata, w którym nadal poszukuje się perfekcji. Prawdziwego mistrzostwa. Wszedłem na tę płaszczyznę sportu jako chłopak chory, ale zarazem ambitny. Sport stał się właściwie moją platformą dalszego osobistego rozwoju, a nie zaliczanym zestawem konkretnych ćwiczeń fizycznych czy sumą punktów w rywalizacji medalowej. Zacząłem go poznawać jako szesnastoletni członek licealnego klubu. Potem stałem się studentem, owszem, na uczelni sportowej, ale to już był bardzo przemyślany wybór. Chciałem studiować historię, studiować język polski, prawo lub inny przedmiot humanistyczny. Ale też musiałem na coś się zdecydować. Ponieważ stwierdziłem, że czas na czytanie innych książek jeszcze w życiu znajdę, a właśnie teraz jest taki, kiedy pora wykorzystać wszystkie atuty fizyczne i nie przegapić symptomów rodzącej się kariery sportowej. Jedynym racjonalnym wyborem był AWF - sportowa uczelnia z indywidualnym tokiem studiów. I tego wyboru nigdy nie żałowałem. Znalazłem się wśród studentów, którzy byli wyczynowcami. Właściwie, poza nielicznymi wyjątkami, wszyscy należeliśmy do jednego klubu AZS AWF Katowice. To przypomina kuchenne rozmowy. Tak. Chodzi mi o pewne dojście do takiego poziomu emocji, kiedy mogę czuć się zrównoważony i spojrzeć na siebie rzeczywiście z zewnątrz. Masz rację. To jest etap wstępny, dopiero później mogę dojść do refleksji. Stworzyć nową myśl, nową jakość. Ale zyskuję dojście do tego etapu poprzez stan zrównoważonych emocji. Takie spojrzenie, które pozwala mi na szczere zajęcie się samym sobą. Obserwuję różnych ludzi w moim otoczeniu, którzy wciąż uciekają od siebie, którzy to spotkanie z samym sobą przekładają jak spotkanie z dentystą. Mimo że ząb boli jak cholera, to połykają kolejną tabletkę, a chorego zęba nie leczą. Wszystko się kręciło wokół tego. Całe moje poznawanie świata. Czyli podróże i kontakty z ludźmi. Kwalifikacja do kadry seniorów. Odkrywanie kontynentów, kultur, nauka języków. Do dziś nie mogę odnieść się do innego postrzegania świata niż poprzez sport. To oś mojego świata. Nauczyłem się hiszpańskiego, dlatego, że byłem na zgrupowaniu w Puebli i chciałem się nauczyć języka, aby się komunikować, ale jednocześnie otworzyło mi to ileś możliwości więcej. Ale gdyby nie sport, to pewnie nie byłbym nigdy w życiu w Puebli, nie wszedłbym na największą meksykańską piramidę w Choluli, o której czytałem już jako dziecko, ani też dosłownie i w przenośni nie doszedłbym do tego, do czego doszedłem. Byłbym zapewne 114 115 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu jeszcze jednym turystą, który jedzie z przewodnikiem i walizką na kółkach proszącym o zapoznanie go ze światem. A tak byłem zapraszany do domów Meksykanów, do ich skromnych chatek, ale i do rezydencji wyższej klasy średniej. Stałem się częścią globalnej wymiany międzykulturowej i transferu bardzo osobistych emocji. Kiedyś w Queretaro podarowałem sprzęt sportowy biednemu chłopakowi, Meksykaninowi. Miał wcześniej problemy alkoholowe, z narkotykami. Ale podniósł się dzięki sportowi i nowemu środowisku. Pracował jako kelner w restauracji i chodził z nami na treningi. Dałem mu sprzęt sportowy - tak dla wsparcia, a zarazem na pamiątkę. Kiedy odjeżdżałem stamtąd, tenże Geraldo przyszedł do mnie z gitarzystą i odczytał mi poemat śpiewany, który napisał dla mnie. Powiedział, że on nie ma nic. On mi nic innego nie może dać. Może mi dać przyjaźń i może mi zaśpiewać to, co sam napisał. No, to było coś cudownego! Ale gdyby nie sport, nie mógłbym tego przeżyć. to samo, co wcześniej, gwarantując sobie dożywotnie zdobywanie medali w kolejnych kategoriach wiekowych. Tylko po co? Ja inaczej pojmuję sport. Sport, na szczęście, jest dla mnie sposobem na opowiedzenie sobie świata w całej jego wielowymiarowości. Tam są moje korzenie i to mnie wcale nie ogranicza. To mi daje siłę. To jest właśnie ten obszar, który zidentyfikowałem w sobie, który jest moim sposobem na widzenie świata. Sport jest moją osią, wokół której poruszam się i buduję swoją siłę. Być może to było od początku gdzieś we mnie, kiedy nie raczyłem pogodzić się z chorobą? Zapewne nie będąc jeszcze tego świadomym, chciałem być sportowcem i wypowiadać się poprzez sport - to było w ogóle coś bardzo nieuświadomionego, ale to było we mnie. Teraz jest to uświadomione i nie mam zamiaru tego zmieniać! Wręcz przeciwnie. Chcę w tym kierunku iść, bo on gwarantuje mi siłę. Czuję, że jestem prawdziwy i wiarygodny w dalszych swoich działaniach. Biznesowych, społecznych czy polityczno – organizacyjnych: czy to na forum krajowym czy międzynarodowym. Może to być coaching, może być marketing. Zawsze jednak będzie osadzony w kontekście terminu rozpoczynającego się niezmiennie na „ S” . To „S” zawsze będzie mi towarzyszyć. Albo w tle, albo równolegle. Ale bez tego się nie obejdę, ponieważ to jestem ja. Sport to ja i koniec. Bo czym jest dla mnie sport? Sport to radość życia. Sport dał mi radość z życia i to nie jest taka po prostu radość ze zdobytego medalu czy ustanowionego rekordu! To jest po prostu sama czysta treść. Coś, co mnie stworzyło, pozwoliło na samookreślenie. Jak dojrzała miłość ze wzajemnością, bo pozostajemy sobie wierni i wciąż przechodzimy przez kolejne etapy związku, wiele wzajemnie sobie dając. Taka symbioza. Widzę siebie dzisiaj jakby trochę w projekcji w przyszłość, że (jeżeli pan Bóg mi da tyle dożyć) będę dziewięćdziesięciolatkiem w świecie sportu. Oczywiście, nie będę wtedy się silił na to, żeby biegać maratony! Ale tak czy inaczej prawdopodobnie ten kierunek rozwoju zostanie zachowany. To wielka wartość. Potem przyszedł czas na inne podróże i inne poznawanie świata przez perspektywę mojej pracy redakcyjno - menadżerskiej w telewizji. Jednak, jakby na to nie patrzeć, osią znów był sport. Jestem głęboko przekonany, że na tej osi oprę mój dalszy rozwój. Ta oś, sport, jest już we mnie, jest częścią mojego najgłębszego JA. Mówisz oś, rozwój. Przypomina mi to dążenie do jakieś idealnej formy bytu, wiele takich koncepcji powstało i w psychologii i w filozofii. Dążenie do tej formy naszego istnienia, która jest doskonała, należy do świata idei. Zastanawiające, że w niektórych koncepcjach pojawiała się nawet nomenklatura matematyczna czy informatyczna: matryca, oś itp. Ale to ciągle nie jest odpowiedź na moje pytanie o przyszłość... Dla mnie świadomość istnienia tej osi jest warunkiem koniecznym do tego, aby nie rozwijać się liniowo czy jednopłaszczyznowo, tylko myśleć o różnych możliwościach i wyzwaniach, mając punkt odniesienia - mówiąc obrazowo - w górze. Taki ruch spiralny, ruch wznoszenia się w górę. Bez wpadania w pułapki ciągłego nawiązywania wprost do tego, co budowało mnie już kiedyś. Idąc na łatwiznę, czyli jednopłaszczyznowo lub liniowo myśląc, mógłbym być trenerem albo na przykład dzisiaj mógłbym się zajmować rywalizacją w świecie weteranów, czyli robić dokładnie 116 Są te Twoje 90. urodziny. Wyobraź je sobie. Co byś chciał, żeby ludzie, których zaprosisz na te urodziny, mówili o Tobie? O Tobie jako o człowieku? Z tym ważnym „S” gdzieś tam w jakimś obszarze Twojego życia. Hmm. Przede wszystkim chciałbym, żeby mnie wciąż lubili. Nie mam złudzeń, pewnie nie wszyscy, ale jednak chciałbym, aby tych kochających 117 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu i ceniących mnie było jak najwięcej. Chciałbym, by zaproszenie na te urodziny nie było dla nich czymś, co należy przyjąć, bo... No, wiesz... „Idę, bo trzeba bywać u Korzeniowskiego”. Nie... „Idę, bo to wyróżnienie”, „Idę, bo chcę”, „Idę, bo myślę, że warto”. „Cieszę się, że idziemy spotkać się z Korzeniowskim, bo, wiesz, on ma dziewięćdziesiąte urodziny”... Gdyby oni - ci zaproszeni czy zgromadzeni na Twoich 90. urodzinach goście - mieli dokończyć zdanie: „Robert to...”, jak byś chciał, aby je skończyli? To jest ten, który był tym mistrzem olimpijskim, tym wielokrotnym recydywistą w sukcesie. To takie najprostsze. Ale też tym, który dokonał o wiele więcej, niż wchodzenie na podium i wzruszanie rodaków hymnem. To ten, który zasłużył się dla społeczeństwa i wciąż jest mistrzem, mimo że liczba i kolor zdobytych w zamierzchłej przeszłości medali uległy zamazaniu w zbiorowej pamięci. Nie wiem, czego jeszcze dokonam - znów rozpoczynam kolejny etap mojej spirali życia. Ale chciałbym, aby mówili, że jestem dla nich kimś istotnym, niezależnie od pełnionej funkcji czy formalnego tytułu. Czyli żeby czegoś ode mnie jeszcze wtedy, kiedy będę miał 90 lat, oczekiwali! Nie chciałbym, żeby doszło do takiego momentu, że będę już tylko historią, która jest wyłącznie „sentymentalną referencją”. Podam przykład mojego idola, profesora Władysława Bartoszewskiego, od którego wciąż chcemy i mamy prawo czegoś oczekiwać. Daje nam nieustające powody, aby traktować go jak źródło inspiracji, bądź chociaż punkt odniesienia. Nigdy nie wiemy dokąd jeszcze zapragniemy się wspiąć. Być autorytetem i mentorem. Już nie nauczycielem, ale inspiratorem zmian. Prowokatorem w myśleniu. Otwartym umysłem. Co jeszcze chciałbyś? Czy jest jeszcze coś, gdy myślisz o tych projekcyjnych 90. urodzinach? Chciałbym też, aby ci ludzie przyszli ze mną po prostu pogadać, a nie tylko posłuchać, co ja mam do powiedzenia. Żeby oni jeszcze widzieli mnie w tej swojej współczesności, bo nigdy nie chciałbym stać się passe. Owszem, niech znają moją historię, doceniają ją, pamiętają, ale do grobowej deski mam być maksymalnie aktualny. W żadnym momencie nie mogę stać się współcześnie bezużyteczny. Nawet dla samego siebie. Nie wyobrażam sobie dzisiaj takiego momentu, kiedy stwierdzę, że tak życiowo to powiedziałem już ostatnie słowo. Czyli, że się w końcu spełniłem... To byłby właściwie koniec. Zresztą, kiedy składam życzenia, to nigdy moim bliskim nie życzę spełnienia marzeń. Życzę spełniania marzeń. To jest taka jedna literka różnicy, ale istotnie zmienia kontekst naszego miejsca w czasie. Życzę realizowania, spełniania, zamykania kolejnych etapów i otwierania nowych rozdziałów życia. Byłoby bardzo smutno kiedykolwiek czytać swoją biografię i traktować ją jako zamknięte dzieło. Odpowiadając dalej na twoje pytanie, myślę, że tak po prostu i zarazem 118 119 „Nie można prowadzić ludzi w duchu kłamstw i przemilczeń”. Władysław Bartoszewski Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu „aż” - tak, chciałbym być autorytetem. Chciałbym, żeby moje życie, moje wcześniejsze dokonania, jak również moja osobowość mogła wpływać na innych, abym mógł odgrywać rolę osoby, która jest godna tego, by komuś wyznaczać kierunek albo inspirować do rozwoju. mnie postrzegali jako bliskiego im człowieka, a nie instytucję. Tylko po to trzeba codziennie de facto tak żyć, żeby... Jak byś nazwał to zadanie? Brzmi jak pewna misja, nie w znaczeniu misji firmy, tylko tak, jak się mówi o bohaterach, że mają pewną misję do spełnienia. Żyją dla siebie, ale żyją też po coś. W pewnym sensie żyją pełnią siebie, ale dla innych. Wyobrażam sobie życie, jak już wspominałem, jak wielką spiralną ścieżką samorealizacji. Ale jest to samorealizacja, która jest o tyle warta, o ile przynosi radość innym, a tym samym i mnie osobiście. To pozwala spojrzeć w tych innych jak w lustro, dzięki czemu dostrzegam siebie jako osobę. Tak, potrzebuję lustra mojego otoczenia, żebym widział i czuł, że to, co robię, ma sens. Że każde moje wyznaczenie nowego kierunku czy wzmocnienie starego jest czymś, co było oczekiwane albo co rodzi jakieś pozytywne skutki. Chciałbym móc się do końca życia przeglądać w takim zwierciadle, które nie będzie zwierciadłem bałwochwalczym. Ale muszę sobie zapracować na to zwierciadło, żebym mógł widzieć mój autentyczny wizerunek, a nie obraz stworzony na potrzeby mojego pysznego ego. Jeżeli tutaj będzie autentyzm to - czy zakończę życie jutro, czy w wieku lat sześćdziesięciu lub dziewięćdziesięciu - to nie jest ważne. To znaczy, że osiągnąłem sukces. To znaczy, że wtedy, kiedy będzie pożegnanie Roberta Korzeniowskiego, powiedzą, że „tak, to jest człowiek, którego wciąż cenimy i potrzebujemy”. Nawet, kiedy odejdę. Żeby każdy dzień zamknąć, tak? Żeby każdy dzień zamykać. Jakby był pierwszy i ostatni. Z takim bilansem, jakby on był pierwszy i ostatni. Dokładnie tak i nie inaczej. Człowiek rozwija się i trwa daleko dłużej niż jego ciało. Właściwie to rozwija się bardziej pewna struktura wewnętrzna, w psychologii mówią np. „ego”, choć można ją też inaczej nazwać. A rozwój siebie to inaczej bycie bohaterem, czyli osobą odważnie realizującą swoją misję rozwoju. De facto oznacza to stawanie się coraz bardziej świadomym. Tak w skrócie przedstawię pewną historię tego, co świadome i tego, co nieświadome. Wyobraźmy sobie morze - jako nieświadomość. A wyspę wyłaniającą się gdzieś z tego morza - jako świadomość. Ta wyspa się coraz bardziej powiększa. Jak? Po prostu poprzez nasze doświadczenia zaczynamy być coraz bardziej świadomi siebie. Uświadamiamy sobie to, co jest nieświadome, bo jeszcze nam niedane w sensie poznania. No tak, na początku to jedynie wiemy tyle o sobie, że jest nam zimno czy czujemy głód. Albo coś nas boli lub po prostu jest nam jakoś źle... A potem zmienia się nasze rozumienie siebie! Taki mam plan. Tu mówimy tak filozoficznie. Przecież w wymiarze teraźniejszości w jakimś momencie człowiek odchodzi. To naturalne i oczywiste. Moje odejście powinno być przez ludzi postrzegane jako pozostawienie dobrego, radosnego testamentu i tyle. Tak bym chciał. Żeby nikt po mnie nie płakał. Bo ludzie też czasami płaczą, że ktoś czegoś nie dokończył, że coś nie wyszło, że można było jeszcze to albo tamto. Ale częściej użalają się nad sobą, nad swoim bólem i pustką. Chciałbym, żeby Tak. Ale ta nieświadomość nie jest taka sama. Mamy taki obszar tego morza, który nazywa się nieświadomością indywidualną. To morze najbliższe wyspie. To taki obszar doświadczeń wewnętrznych: myśli, emocji, doznań, o którym nie za bardzo chcę myśleć, bo nie bardzo jestem gotowy myśleć. Np. muszę robić te resety, o których mówiłeś, żeby „to” ode mnie odeszło. To są myśli, których nie chcemy mieć, bo nie pasują do naszego pomysłu na siebie, uczucia, które są zbyt zagrażające, albo doświadczenia, o których nie potrafimy opowiedzieć. To są też rzeczy i zachowania, które nie mieszczą się w społecznych oczekiwaniach wobec nas samych. Lustra tego nie chcą odbijać... To jeden obszar nieświadomości. 120 121 Będziesz w pamięci innych ludzi. W ich zachowaniach, jako inspiracja czy wzór. Jako ważna osoba. Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Czyli taki obszar niechciany i mało popularny... Tak. Ale jest jeszcze nieświadomość zupełnie niezwiązana z pojedynczym człowiekiem. To nasze metaforyczne otwarte morze. Ta nieświadomość jest związana z byciem człowiekiem w sensie gatunku ludzkiego. Bo każdy człowiek się rodzi i umrze, czyli ma doświadczenie narodzin i umierania w sobie. To także kwestia materii i ducha czy też „szkiełka i oka” - innymi słowy doświadczenia praw materii i ducha. Te prawa zawsze obowiązywały na świecie. Ludzie musieli się do czegoś takiego przyzwyczaić i jakoś te doświadczenia sobie opowiedzieć i przekazywać. Do tego służą symbole - obrazy, które rozpalają naszą wyobraźnię - czujemy je całym ciałem i duszą. Ta nieświadomość jest też w nas - to mówi filozofia i psychologia. Wiemy, że jest tam gdzieś głębokie otwarte morze z różnymi zamieszkującymi je stworzeniami. Niektórzy śmiałkowie mogą je spotkać i powrócić. Nie możemy tej głębokiej, czyli zbiorowej nieświadomości poznać tak samo jak w przypadku nieświadomości indywidualnej, po prostu rozmawiając ze sobą czy przyglądając się sobie. Tę nieświadomość możemy tylko doświadczyć, odczuć ją. Opowiedzieć sobie jakoś poprzez film, obraz, poemat, dzieło sztuki. W takich chwilach, kiedy czujemy swoją nieświadomość mówiącą do nas symbolem, zyskujemy pewną jedność ze światem... To są takie chwile, kiedy czujemy się częścią większej całości. Aby żyć prawdziwie, czyli świadomie, musimy stale poznawać siebie w różnych sferach nieświadomości. Jak ty mówisz o swojej misji, to myślę, że chcesz zrobić coś dla innych przez siebie. Przez swoje świadome, odpowiedzialne życie. Od początku do końca. Tak jakbyś mówił: „Podejmuję trud stawania się świadomym”. To jest moja praca. Moja praca nad sobą. Po to, aby inni, z którymi istnieję, mogli też żyć świadomie. Dając siebie prawdziwego, daję coś innym. Moja Droga Do Sukcesu To nie musi być medal. Masz rację. Chcąc cokolwiek w sobie rozwinąć, człowiek powinien być gotowy do jak największego przekazywania innym tego, co ma. Uzmysłowiłem sobie jeszcze jedną rzecz. Otóż, kiedy będę miał te 90 lat, nie chciałbym wtedy mówić, że chciałbym mieć w tym momencie czterdzieści i pożyć sobie... To tak jakbyś żałował. Wtedy bym czegoś żałował, tak. Byłoby pewnie coś niespełnionego i wiesz, uważam, że cudowną rzeczą jest to, że potrafimy oswajać się z czasem. Czas nam sprzyja, bo się wtedy rozwijamy i to, co możemy przekazać innym, ma inny wymiar. Pewnie nie bylibyśmy w stanie teraz, cofając się w przeszłość, pogodzić się z własną niedojrzałością tamtego etapu. Ale trzeba sobie powiedzieć: „To było dobre na tamtym etapie”. A nie, że dzisiaj to chciałbym mieć te dwadzieścia pięć lat. To jest jakby oczywiste, ale wydaje mi się, że człowiek, który zaczyna myśleć w ten sposób: „Ach, gdybym teraz miał tyle lat”, „Ach, gdybym był w...”, to uważa, że coś go minęło. Znaczy, że żyje przeszłością. Ciągle do niej wraca. Przeżywa ją jeszcze raz, doskonaląc siebie w przeszłości, a nie siebie tu i teraz czy w przyszłości. Podczas gdy przeszłości nie da się ożywić i rozegrać inaczej. Będzie taka, jaka była. Można tylko zmienić jej brzmienie, jej sens. Swoim życiem świadczę, że rozwój jest możliwy i wartościowy. To może być medal, ale to mogą być również inne rzeczy. Tak, absolutnie tak. Np. mój idol, przywołany już Władysław Bartoszewski. Nie wierzę, że chciałby mieć dzisiaj jakieś sześćdziesiąt lat, mając tyle ile ma. To jest dla mnie człowiek z taką niebywałą siłą, jest niesamowity i zdaje się być coraz silniejszy. Zresztą w świecie sportu też się spotykam z tak długowiecznymi postaciami. Ale to są ludzie, którzy do ostatniego momentu wciąż dokądś zmierzają. Niesieni misją. Mają określony potencjał. Dyrygują, mają władzę, która niekoniecznie musi być instrumentalna czy instytucjonalna. To może być rząd dusz. Wystarczy w zupełności. Taka wizja jest dla mnie czymś absolutnie naturalnym. Wiem, że nie będę robił rzeczy banalnych. Nie dam się złowić na dużą pensję w telekomie czy jakiejś tam korporacji. A jeżeli nawet tak się stanie, to będzie to dla mnie instrument do tego, by zrealizować jakiś inny ważny obszar. 122 123 Tak. Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Często osobę z taką misją nazywa się bohaterem mitycznym. Można takie postaci znaleźć w bajkach i innych opowieściach. Mają ten sam scenariusz. Żyje sobie tak zwany normalny człowiek, everyman. Nagle, ni stąd, ni zowąd, do normalnego człowieka przychodzi ktoś i mówi: „Masz zbawić świat. Tylko ty jeden. Nikt inny”. On się sprzeciwia, buntuje. Tłumaczy, że on jest zwyczajny, że to pomyłka. Ale ostatecznie coś go przekonuje i podejmuje walkę. Musi przejść przez pasmo trudnych działań: izolacji, odosobnienia, cierpienia, zadań, aby pokonać smoka, zdobyć jakiś tam eliksir i wrócić z tym eliksirem gdzieś z podziemia na świat, by go zbawić. Zbawiony świat oznacza, że życie bohatera nabiera od tego momentu sensu, że świat wokół niego nabywa znaczenia, staje się wartościowy. Bo jedyne istnienie, które jest nam dane, to istnienie psychiczne. Innego nie jesteśmy w stanie pojąć. Ten schemat działania bohatera opowiadany jest oczywiście przez symbolikę bajki czy mitu. Nie chodzi o walkę ze smokami czy matrix. Ten eliksir nie jest eliksirem młodości czy złotem, tylko jest wiedzą, która zostaje dostarczona światu. Wiedzą, która powoduje, że człowiek może żyć w prawdzie. To wszystko to są symbole, może padają teraz duże słowa, ocieramy się o ideologię czy religię. Ale bohater jest powołany. Ktoś stawia przede mną zadanie i na drodze realizacji tego zadania muszę pokonać coś - swoje ograniczenia, swoją niewiedzę, siebie. Trzeba wypłynąć na morze nieświadomości. Opuścić wyspę świadomości. Muszę też cierpieć. Cierpienie samo w sobie jest bezsensowne, ale to ja mu nadaję sens, bo wyciągam z tego cierpienia wniosek. Jak mówiłeś o swoim zmaganiu z chorobą, to miałam taką myśl, że można by mówić: jestem chory - cierpię. I na tym cierpieniu oprzeć dużo. Nawet rentę i inne różne rzeczy. Pomysł na bycie z ludźmi, na pozyskiwanie jakiejś tam sympatii. To człowiek nadaje sens cierpieniu. Ty nadajesz temu inny sens – powiedziałeś: sprzeciwiam się, walczę z tym. Pokonałeś smoka, mówiąc językiem bajki czy mitu. Czyli człowiek bohaterem się staje trochę jak gdyby wbrew takiemu wygodnictwu, to nie jest droga na skróty, to jest wyzwanie, trzeba powalczyć. Zostaje się wybranym i trzeba spełnić to zadanie. Nie zawieść. 124 Moja Droga Do Sukcesu Słabość mistrza? - okiem bezlitosnej kamery. Wiesz, to bycie bohaterem to trudne zadanie. Bo jest potem taki etap, kiedy bohater nieodporny na sukces zaczyna grać bohatera. I wtedy jest to już rzeczywiście jego koniec. To jest kolejna próba. Tylko, że określenie „bohater” odwołuje się do tego, że bohaterem jest każdy z nas, który zostaje powołany do życia. Tak, te próby zdarzają się właściwie codziennie. I tenże bohater, jeśli tylko próbuje grać czy coś odgrywać, staje się karykaturą fałszywego misjonarza. Z reguły na tym się kończy jego kariera czy rozwój. Na zawsze pozostaje „kimś”, ale już „kimś” byłym. Przestał żyć swoim życiem. Zaczął żyć wizerunkiem... Świecić światłem odbitym. Tak. To była też w pewnej mierze moja obsesja. Szczególnie na przestrzeni lat 2004 - 2005, kiedy kończyłem karierę sportową. Absolutnie nie chciałem wejść w fazę „odgrywania roli mistrza olimpijskiego”. Najbardziej 125 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu ozłoconego w historii Polski, najbardziej „jakiegoś tam” i jeszcze „coś tam” na dodatek. Skrupulatnie skrywałem te moje medale w skrzyneczce i na dnie swojego ja, by nie pobrzękiwać nimi, gdy chodziłem po bułki. Pamiętam też, że mój coach przestrzegał mnie, bym pamiętał, że nie jestem taki do końca normalny, za jakiego chciałbym uchodzić. I to usiłowanie postrzegania siebie jako super normalnego prowadziło do zakłamywania siebie, do sztucznego obniżania własnej wartości. „Masz pewne zdolności, a za sobą historię, za sobą szczególne doświadczenie, w sobie ponadprzeciętną wrażliwość, więc przestań udawać, że wszyscy są tacy jak ty”. W tym kierunku zmierzały nasze dyskusje. Owszem, w końcu przyznałem, że jednak nie jestem taki do końca normalny. Bo osiągnąłem w skali mojego czterdziestodwuletniego życia rzeczywiście obiektywnie więcej niż średnia krajowa. Dlatego patrzę na świat w szczególny, osobisty sposób. Tylko, że mogę i bardzo chcę normalnie żyć i to jest pewien dualizm. Ów bohater mityczny, jak mówisz, nie może być zdehumanizowany, on przecież musi w pierwszej kolejności być człowiekiem, spełniać się w codzienności. Właściwie jak każdy inny dźwigając to swoje bohaterstwo, które w normalnym życiu jest ciężkie jak jasna cholera! Podlega presji zewnętrznej, ale jeszcze większej wewnętrznej, bo ma przecież nieustające poczucie misji. Tak, to w największym stopniu. On od siebie oczekuje, że tę misję będzie spełniał. On w tej swojej codzienności nie może dać się zwariować. Nie może przecież jeść codziennie na złotej misie... procedurę i postawionego o kilka szczebli niżej w hierarchii zawodowej człowieka, który za jej wypełnianie odpowiada głową. Działa konstruktywnie, nie prężąc się wraz ze swym nadętym ego. Albo inaczej, patrzy groźnym wzrokiem, pokazuje, kto tu jest górą, bo siedzi w gabinecie „na górze” i domaga się, by portier natychmiast otwierał, bo... Takie drobne zachowania pokazują, komu ta władza czy pozycja szkodzi, a komu nie. Czy ktoś potrafi stać w kolejce na poczcie, czy nie? Ja nie mówię, że każdy ma stać w kolejce na poczcie. Ale jeżeli już jestem w normalnych sytuacjach z normalnymi ludźmi, ja ten „nie do końca normalny” (bo rozpoznawalny i ze szczególną historią), to jednak powinienem mieć naturalną i niczym niewymuszoną umiejętność budowania normalnych relacji z otoczeniem. Bo to akurat jest obszar mojej normalności. Przypomniał mi się film „Iniemamocni”. To jest taka opowieść o ludziach specjalnie stworzonych przez FBI, którzy mają nadprzyrodzone zdolności i którzy byli stworzeni do tego, by reagować w sytuacjach specjalnych. No, ale wiadomo, że sytuacje specjalne nie zdarzają się na co dzień. Był taki jeden król, co wszystko sobie w złoto pozamieniał... No właśnie, Midas. Bardzo dobry przykład. To prowadzi do paraliżu bohatera, krótko mówiąc, bo wtedy ten błyskawicznie się kończy. W skali sportu czy show biznesu aż nadto jest takich przykładów. Mamy również wypalenie polityków, którzy kiedyś byli premierami. Menadżerów, którzy przestali w jakikolwiek sposób zastanawiać się nad tym, jak się dalej rozwijać czy uczyć, bo uwierzyli we własną nieomylność, albo - co gorsze - wsłuchali się w oficjalny ton tworzonego wokół siebie dworu. Jednym ze sposobów potwierdzenia „normalności” bohatera mitycznego może być sytuacja, w której się znajdzie, jeżeli np. zapomni identyfikatora do własnej firmy. Warto obserwować, czy przy wejściu do firmy zwróci się do recepcji, czy poprosi o wystawienie nowego, czy zadzwoni do sekretariatu albo osoby upoważnionej, by wystawiono tymczasową przepustkę? Szanuje 126 Są specjalne. Ale oni są właśnie specjalni. Po prostu potrafią fruwać, biegać w jakimś tam strasznym tempie, przenosić góry i tak dalej. No i coś trzeba z tymi ludźmi robić. Jaką mordęgą dla nich jest to, by stworzyć normalną rodzinę Iniemamocnych. Pracują w banku, uczą się w szkole i tak dalej. Bardzo się starają schować wśród zwykłych Amerykanów. Pamiętam, jak tata Iniemamocny patrzy na swojego synka, synek biegnie w zawodach szkolnych na sto metrów, no i ten synek tak biegnie normalnie, jak inni, tak się strasznie nudzi na tej setce, no i ogląda się na tatę i pyta: „Tato, tato, no już mogę?”. I tata mówi: „Tak”. „No to finiszuję!”. I mały, poluzowawszy wszelkie hamulce, rusza niczym Struś Pędziwiatr. Jest coś takiego, że ci ludzie ponadprzeciętni mają problem z dostosowaniem się do niektórych norm społecznych, z oswojeniem się z tą ponadprzeciętnością i byciem w pełnej harmonii z absolutnie normalnymi normami życia codziennego, choć na ogół bardzo się starają. Czyli kiedy sobie pozwolić na tę nieprzeciętność, a kiedy na normalność? 127 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu Wtedy, kiedy jesteśmy w tych swoich specyficznych dziedzinach. Tutaj dominujmy, ujawniajmy wszystko, co najmocniejsze, oddychajmy pełną piersią, tutaj wyżyjmy się ponadprzeciętnie, tutaj bądźmy specyficzni. Wtedy absolutnie nie ma się co ograniczać i udawać, że „zobaczymy, czy się uda”. Jesteś w tym dobry, to bądź dobry! Naprawdę. Jeżeli poznasz tę swoją supermocną stronę i wiesz, że tu jesteś nadzwyczajny, to bardzo łatwo będzie ci odnaleźć się w zwyczajności wszelkich innych relacji. Nie będziesz miał problemu. To jest bardzo trudne dla niektórych ludzi, którzy są w jakiejś dziedzinie ponadprzeciętni, że ktoś czegoś, co dla nich oczywiste, nie wie. Albo, że ktoś nie docenia jego poziomu wiedzy czy umiejętności w określonej dziedzinie. A nawet, że jej w ogóle nie zna! Bywa i tak, że ten normalny człowiek nie jest przygotowany na odbiór tego, co Ten Nadzwyczajny oferuje. Trzeba sobie opowiedzieć świat jakby trochę inaczej. Że świat składa się z bardzo wielu wybitnych ludzi - każdy w swojej dziedzinie, w czymś tam jest najlepszy albo chociaż do tego dąży. Jeśli jestem mistrzem w jakiejś dziedzinie, to nie jest to powód, aby narzucać się innym. Nie jestem jedynym mistrzem, a mój świat i moje mistrzostwo największą wartość mają dla mnie samego. Mam zatem budować dobre relacje, pełne harmonii z tymi, którzy też są specjalistami mistrzami w swoich dziedzinach, mistrzami życia i codzienności. Akceptacja odmienności ludzkiej, specyficznych umiejętności innych, pozwala na lepszą akceptację swojej inności i wspomnianej już nienormalności. Ponieważ okazuje się wtedy, że wcale wszyscy nas nie muszą tak samo rozumieć, jak my siebie rozumiemy, nie muszą nas widzieć tak, jak my siebie postrzegamy. prawo do ignorancji w dziedzinach, w których nie walczą o mistrzostwo. Nie narzucajmy im swojej perfekcji, bo może ona dla obu stron stać się trudna do zniesienia. Można odpuścić. Robert, mówisz o tolerancji i pokorze, choć to ostatnio wielce nadużywane słowo. Pokora kojarzy się z pewną postawą, w której wiodącym tematem jest akceptacja siebie i otwartość na innych, bez konieczności narzucania innym swoich ocen opartych de facto na podobieństwie czy odmienności od nas samych. To taka zdolność do wyrażania siebie i swojego doświadczenia bez ocen i opinii wartościujących. Często pokora mylona jest z byciem grzecznym, o czym mówiliśmy. W tym ujęciu raczej chodzi o pewność siebie połączoną z otwartością i ciekawością innych. Tak, nie lubię fałszywej pokory, takiego kokietowania się. Musimy po prostu jasno sobie powiedzieć, co umiemy, gdzie jesteśmy, gdzie jest nasza mocna strona. Generalnie rzecz biorąc wtedy nasz świat Niby takie oczywiste, a trudne do akceptacji. Trudne, trochę czasu mi to zajęło. Nie wyobrażam sobie, żebym stojąc na przykład w parku na ścieżce zdrowia, starał się przekonać jakiegoś niedzielnego joggera do korzystania z zaawansowanych przyrządów do pomiaru tętna czy kwasu mlekowego. Ten człowiek po prostu przyszedł sobie w niedzielę podreptać i być może jest doktorem chemii albo hydraulikiem i dla niego całą przyjemnością jest to, by pobyć w tym parku i wrócić do domu. Nie muszę wymagać od niego, by swój niedzielny bieg traktował z taką samą powagą, jak ja część mojego programu olimpijskiego. Po co jego i siebie skazywać na frustrację? Ludzie mają w końcu 128 Siła i determinacja - w oku kamery. 129 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu wyda nam się bardziej przyjazny! Z perspektywy swoich mocnych stron. Może dzięki temu łatwiej wówczas byś sobą i być pokornym? Nikt nikogo nie zdominował sobą jako produktem globalnym, ponieważ prowadziłoby to do stawania się na własne życzenie ofiarą podejmowania próby dominacji. jądra, o którym mówiłeś. Możesz powiedzieć „Jestem Robertem Korzeniowskim - mistrzem olimpijskim” albo możesz powiedzieć „Jestem Robert Korzeniowski. Owszem, jestem mistrzem, ale jestem człowiekiem, który także robi zakupy w sklepie, tankuje paliwo na stacji benzynowej. Mam normalne problemy, krzyczę na dziecko, mam złe i dobre dni. Po prostu jestem taki jak ty”. Inaczej kierujesz uwagą innych - albo inni są potrzebni do życia i muszą cię podziwiać, albo też inni towarzyszą ci w różnych sytuacjach życiowych. Król Maciuś Pierwszy... No tak. Mądre te bajki. Przypomina mi się jeszcze jedna cecha, a raczej zachowanie, które inni u mnie zauważyli. I rzeczywiście tak robię! Otóż zawsze witając się z nowo poznaną osobą mówię: „Dzień dobry, Robert Korzeniowski”, niby to jest zwykła kwestia etykiety. Mówią mi: „No, ale jak to, przecież oni cię i tak znają!”. „I co z tego - mówię - może mnie znają, może nie. To nie jest istotne”. Ja jestem Robert Korzeniowski, mam takie imię, nazwisko i taką twarz. Przedstawiam się jako Robert Korzeniowski, nic więcej. O co mi tutaj chodzi? Czasami tym, którzy coś osiągnęli, wydaje się, że mają absolutne społeczne czy środowiskowe uznanie, całkowitą rozpoznawalność. I co z tego wynika? Już nie są sobą? Nie mają własnego imienia i nazwiska, tylko wizerunek medialny? Trzeba przedstawić się, trzeba wysłać sygnał – „Ja jestem planeta X, a ty? Planeta Y? Miło mi, witaj w moim mikrokosmosie”. Ja, jako osoba, a nie jako byt telewizyjno - tabloidowy czy jakkolwiek inny. Wiesz, Robert, samopoczucie, a czasem i wartość siebie osób, które mają tzw. „ja publiczne” bardzo rozwinięte, jest oparta o rozpoznawalność. Brak rozpoznania jest rzeczywiście tragedią! Tak jak dla małego dziecka zniknięcie mamy z otoczenia jest rozpaczliwe i tragiczne. Bo dziecko nie wie, że ta znikająca matka dalej jest, że przyjdzie do niego za chwilę. Dla niego to koniec, tragedia. Dziecko jeszcze nie ma wiedzy o ciągłości istnienia innych bytów, a nie posiadło jeszcze wiary w bezpieczeństwo świata, którego zaczęło doświadczać. Różnie to bywa z naszym rozwojem później. Na pewno dorastamy, ale już z dojrzewaniem bywa różnie. Pewien typ ludzi nawet w dorosłości - tak jak dziecko obecności matki - potrzebuje czuć, że inni na nich reagują, że są stale wokół nich obecni, że ich podziwiają, wielbią, adorują. Ich osobista identyfikacja dotyczy ja publicznego, a nie ja prywatnego czy intymnego, tego 130 To smutne, że wielu ludzi boi się, że matka nie wróci! Opowiem o cudownym zdarzeniu, które przeżyłem ostatnio. Pewien ksiądz, który jest chrzestnym mojej nowej żony, zaprosił nas - choć właściwie myśmy się sami wprosili - do siebie na nabożeństwo, Triduum Paschalne. Sprawił mi wielką przyjemność tym, że nie wiedział, że jestem jakimś tam mistrzem, że mam super talent sportowy. Wiedział, że jestem czy byłem sportowcem. On mnie przyjął, potraktował mnie po prostu jak człowieka, partnera Magdy i było mi z tym strasznie dobrze. Widziałem jego zażenowanie, kiedy ludzie się dopytywali, kiedy podchodzili, prosząc mnie o autograf. O co chodzi? To było dla mnie urocze, bo myśmy mieli ze sobą autentyczny kontakt... Takie spotkanie człowiek - człowiek. Osobiste i prawdziwe, niemodelowane wizerunkiem medialnym ani żadną oceną czy oczekiwaniem. Tak, spotkanie człowiek - człowiek. Boże, ja się tym spotkaniem cieszyłem, było mi tak dobrze. W psychologii mówi się o personie. Persona, czyli taka maska, którą nakładamy w kontakcie ze światem zewnętrznym, w naszej rozmowie nazywamy to ja publiczne, czyli to ja, które chcemy pokazywać światu, bo jest takie ładne, ocenzurowane. Jest tak skonstruowane, aby pasowało do wymogów sytuacji i norm społecznych, aby ludzie bili brawo, albo żeby wzbudzić szacunek czy akceptację. Każdemu z nas na czymś tam zależy, więc każdy z nas tworzy taką personę, aby uzyskiwać od otoczenia to, co jest mu potrzebne. Kłopot polega tylko na tym, że persona nie podlega 131 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu rozwojowi, rozwojowi podlega tylko ego. Cała sztuka polega na tym, aby inwestycja człowieka była ukierunkowana w stronę ja, czyli ego, a nie ku personie (masce). Maskę (personę) musimy mieć, musimy umieć zakładać ją w pewnych sytuacjach, a w pewnych ściągać i pokazywać Twarz, czyli to ja osobiste. Tak, bo całego świata się nie zbawi, całego się nie uszczęśliwi. Zawsze będą niezadowoleni, zawsze pojawi się krytyka, odrzucenie. Nie można także - na szczęście - skontrolować całego świata. Nie da się wszystkiego przewidzieć. Cały świat nas nie pokocha, choć tego akurat chciałoby się najbardziej. To smutne. Tak, tak. Jeżeli niektórym ludziom dzieje się tak, że persona zlepia się z ego, to zaczyna odczuwać pustkę w życiu, wieczne niezadowolenie, brak szczęścia i satysfakcji. Bo ciągle jest zależny od ocen otoczenia. Albowiem persona się nie rozwija. A więc i on nie może się rozwinąć. Ta maska dobrze trzyma za twarz i tyle. Dokładnie tak. Jeżeli ktoś się identyfikował z maską, to jest tylko maską, a nie człowiekiem. Obojętnie, czy w tej masce jesteśmy byłym premierem, byłym sportowcem czy muzykiem, który stracił popularność albo menadżerem, który został wyrzucony z pracy. On sam jest sfrustrowany, bo się nie rozwija, otoczenie jest sfrustrowane, bo nic autentycznego od niego nie dostaje, bo z maską de facto nie można nawiązać relacji. Można tylko podziwiać albo zazdrościć. Tak, rozumiem. Takie relacje i puste spotkania często obserwuję. To jest chyba dobre ujęcie. Były premier, były muzyk, przecież bardzo często nad tymi ludźmi pracują specjaliści od wizerunku, którzy... tworzą im wizerunek, licząc na określone zyski. I tak dalece ingerują w ich mentalność, że ci ludzie chcą żyć ze stworzonym wizerunkiem. Nawet chyba czasem myślą, że to oni sami tacy są. Pomylili się. Pomylili się, oni się zamienili... Wzięli cudze za swoje. To smutne, ale dzięki tej różnorodności można spotykać człowieka i zbudować wyjątkowe relacje. Gdyby wszyscy nas kochali, to nigdy nie miałoby miejsca. Ale, zgadzam się z Tobą, bycie osobą, która odpowiada na oczekiwania innych, jest wiecznie podziwiana i ważna, wzbudza pragnienie omnipotencji - stąd chyba ta wiara, że świat jednak da się zadowolić. No, na pewno, z całą pewnością. Ale wiesz co, musiałem się też po drodze czegoś nauczyć. Musiałem dopuścić, że jest - z całą pewnością! taki procent ludzi, który może mnie nienawidzić, nie akceptować, mieć radykalnie odmienne zdanie. Powiem ci, że zajęło mi to trochę czasu, bo wiesz, takie uwielbienie olimpijskie, które trwa chwilę, daje wrażenie wznoszenia się pod niebiosa! Olimp był przecież górą bogów. Gdy jednak wracasz na ziemię, bo kiedyś, w końcu trzeba, i stajesz się na przykład menadżerem, to jest absolutnie oczywiste, że ktoś się może z tobą nie zgadzać, krytykować i - o bogowie Olimpu! - może nawet odmówić uwielbienia. Owszem, można wtedy zagrać, znowu założyć maskę, a najpewniej zrosnąć się z nią, aby się przypodobać. Ale to z reguły zapowiada początek katastrofy. Schodząc z podium olimpijskiego i angażując się w telewizję, zaliczyłem ważny etap w moim rozwoju. Musiałem odkryć i zaakceptować fakt, że ktoś ma prawo mnie nie lubić. Ja chcę się podobać, chcę, żeby mnie lubili, ale przecież nie będę wpadał w panikę, dlatego, że ktoś nie zgadza się z moim zdaniem czy prowadzi otwartą krytykę. Ważne jest, by nie stracić sportowego szacunku do rywala. To znaczy - moja wartość siebie jest niezależna od tego, czy wszyscy mnie kochają, czy pięć osób mnie nie lubi, a inni mnie lubią. Tak, tak. Dokładnie tak. No, a spełnianie oczekiwań innych ludzi jest pułapką. 132 Czyli mamy dwa względnie niezależne światy: świat ocen ludzi i ich sympatii oraz świat mojego myślenia na swój własny 133 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu temat. Owszem, miło jest, jak mnie lubią, ale nie przekłada się to bezpośrednio na to, że jestem wartościowy albo nie. Choć mogę zastanawiać się, dlaczego jest tak, że te pięć osób nie darzy mnie sympatią lub co mogę zrobić, aby było inaczej - jeśli jest to dla mnie ważne. Ale fakt pozyskiwania sympatii osób nie jest warunkiem koniecznym dla mojego dobrego samopoczucia i dla odczuwania tego, że sam w sobie jestem wartością. jest inny. Też jest mistrz i też jest uczeń. Uczeń przychodzi do mistrza, ale jeszcze żaden mistrz wschodu nie dał prostej recepty, nie powiedział: „Ty zrób to i tamto” albo „Masz być taki lub inny”. Uczeń pyta się mistrza: „Kim jestem?”, „Co mam zrobić?” i słyszy: „Ty sam mi powiedz”. Ale mistrz daje zadanie do wykonania: płucz w rzece kamyki, czyść srebrne łyżeczki przez trzydzieści lat. Rób to dobrze. Najlepiej jak potrafisz. Kieruje uwagę tej osoby na wykonywanie jakieś powtarzalnej czynności i mówi: rób to sumiennie, tak jakby to było całe twoje życie, odpowiedź się pojawi sama, bo masz ją w sobie. A więc ty mi powiesz, kim masz być. Czyli ten mistrz nie jest w ogóle od dawania rad, pokazywania palcem jakichś kierunków, tylko bardziej od budzenia w osobie ucznia jego świadomości, tego, żeby on sobie sam umiał udzielić odpowiedzi na najważniejsze życiowo pytania: kim jestem, po co żyję i jak chcę żyć. No tak. Nikt nie ma przecież stuprocentowego elektoratu pozytywnego! Nie ma co tworzyć sobie iluzji. Są również w moim codziennym otoczeniu ludzie, dla których jestem nieatrakcyjnym partnerem. Albo tacy ludzie, których jakoś nie lubię. Nie jestem w stanie określić, dlaczego tej osoby nie lubię albo zachowuję wobec niej rezerwę. Może być to kwestia nieprzepływającej między nami energii, innego charakteru, stylu pracy, bycia czy poglądów. Zdajemy sobie (tzn. ja i ten ktoś) sprawę z tego, że zapewne nigdy wspólnie nie napiszemy książki, nie ma mowy. Ale prawdopodobnie nie przeszkodzi mi to w realizacji jakiegoś zespołowego zadania, jeżeli ta osoba będzie częścią jakiegoś zespołu. Zawrzemy celowy kompromis. Słowo mistrz dla ciebie kojarzy się jednoznacznie? Tak. Olimpiady, realne przełożenie na medal, ten tytuł jest bardzo konkretny. Ale ludzie, zwłaszcza tacy, którzy w kręgu sportu się nie obracają, w ogóle nie myślą nawet o sporcie, to jak mówią „mistrz”, mają na myśli osobę, która osiągnęła pewien stan doskonałości. Guru. Ale widzisz, ten wschodni model to jest dokładne przełożenie na proces, który ma miejsce w treningu sportowym. Tam jest wręcz do absurdu doprowadzana powtarzalność. Chyba nie ma bardziej powtarzalnych czynności ludzkich jak trening sportowy, ale z drugiej strony nie ma działań bardziej unikalnych jak rywalizacja w zawodach. „Aby zdobyć więcej, musisz najpierw sam stać się kimś większym”. Johann Wolfgang von Goethe Jak ta wspomniana łyżeczka i jej czyszczenie w modelu wschodnim? Powtarzanie i dochodzenie do perfekcji. Guru, tak można powiedzieć. Nie ma podium, olimpiady, to jest inaczej prestiż i uznanie społeczne. Mówi się o dwóch kulturach budowania mistrza. Jedna to kultura typowa dla cywilizacji zachodniej. Mistrz to jest ktoś, kto ma wiedzę, władzę płynącą z wiedzy. Uczeń idzie do mistrza i mówi: „Co mam zrobić, mistrzu? Jak mam to zrobić? Kim mam być?”. A mistrz wyciąga receptę i mówi: „Masz zrobić to, to i to, bo ja tak sądzę, bo ja to wiem, bo ja tak zrobiłem”. To jeden model, zachodni. Kulturowo wschodni model Ta wschodnia łyżeczka, absolutnie. Najgorsze efekty daje zdehumanizowany trening. Parę karier zostało złamanych, bo zawodnik dostawał kartkę: „Wykonaj (i tu lista), ja usiądę i będę sprawdzał albo nawet pokrzyczę motywująco na ciebie, ale nie licz, że czegoś cię nauczę, bo przede wszystkim zadanie musi zostać wykonane. Trener - szef staje się właściwie wtedy nadzorcą, a nie moderatorem procesu. Niby on i zawodnik wiedzą, do czego zmierzają, ale nie ma pomiędzy nimi komunikacji, więc właściwie pozbawiają się szans na sukces. Podobnie jest w relacji menadżer 134 135 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu - pracownik, przy zarządzaniu odgórnym. Na drugim biegunie jest guru w ujęciu wschodnim. To rzeczywiście inny model. Tutaj mistrz - nauczyciel jest wciąż obecny i czuwający, choćby bardzo dyskretnie, ale jednak jest obecny. Pełni rolę moderatora i inspiratora, zachęca do samodoskonalenia się swojego podopiecznego. Myślę, że dobry nauczyciel przede wszystkim potrafi słuchać swojego ucznia, bo wtedy wciąga go w interakcje. Każde bowiem założenie planu treningowego ma dopiero wtedy sens i dopiero wtedy jest skuteczne, kiedy staje się osobistym planem ucznia. Jako trener - nauczyciel, zakończyłem pracę z kilkoma zawodnikami, którzy chcieli pracować bezrefleksyjnie, realizując tylko słupki albo linijki planu. Trenowałem przed laty świetną dziewczynę, Tinę, Kanadyjkę, która... - okej, może mistrzynią olimpijską by nie była, ale zdobywała medale krajowe i kwalifikowała się na ważne mistrzostwa. Szkoda tylko, że właściwie nie starała się zrozumieć niczego, tylko bardzo sumiennie linijka po linijce, dzień po dniu, realizowała plan jak automat. Mówiłem jej: „Nie, zastanówmy się, co do czego służy, jaka musi być kolejność działań, wejdźmy wspólnie w proces myślenia, a wszystko okaże się bardziej spójne”, ale... Niech to będzie część świetnej historii, ale ja mam być Mistrzem Życia. Wymyśliłem nawet taką nazwę, istnieje Akademia Mistrzów Sportu i Mistrzów Życia15 powołana w 2006 roku na gruncie ONZ-etowskiego roku edukacji poprzez sport. Tworzą ją wspaniali ludzie z bardzo różnymi życiorysami, które łączy wspólny mianownik, jakim jest sukces osobisty ze sportem w tle. Jestem honorowym prezesem tego stowarzyszenia, bo wciąż mnie pasjonuje to, jak ludzie, którzy działają w sporcie czy dla sportu, generalnie wygrywają życie. I w najmniejszym stopniu mnie interesowało to czy oni dalej startują, coś robią w sporcie. Członkami tej Akademii są nauczyciele, czasami opiekunowie więźniów, posłowie, samorządowcy, sportowcy. To są wzorcowi ludzie, którzy wygrywają życie. Choć różnimy się skalą i zakresem dokonań, to jednak wszyscy czujemy się jak mistrzowie i mamy ze sobą świetny kontakt intelektualny i emocjonalny. „Podstawowa strategia przywództwa jest prosta: trzeba być wzorem. Lider musi się więc zaangażować we własne mistrzostwo osobiste. Mówienie o mistrzostwie osobistym może podziałać na ludzką wyobraźnię, ale czyny zawsze przemawiają głośniej niż słowa. Najskuteczniej można poprzeć innych w ich dążeniu do mistrzostwa osobistego, traktując serio swoje własne dążenie do niego”. Peter M. Senge Proponowałeś wspólne odkrywanie recepty na sukces. To rzeczywiście bliższe typom wschodnich relacji Mistrz - Uczeń. Bezwzględnie tak. To jest moje rozumienie współpracy. Bezwzględnie. Ten Mistrz, który w naszym przykładzie obchodzi 90. urodziny, to jest mistrz nie tyle „nieolimpijski” - naznaczony medalem i podium, tylko taki Mistrz bliżej uczenia bycia człowiekiem. Obecnie jestem w takim momencie rozwoju, że poszukuję własnej drogi do mistrzostwa osobistego. To dość trudny i decydujący moment. Jako poszukujący swojej drogi (do niedawna wyłącznie mistrz - sportowiec) mam wielu swoich wyznawców. Spotykam, jak każdy pewnie, choć może na inną skalę, rzesze pochlebców, ale jednocześnie spoglądam na innych mistrzów w innych dziedzinach. Ciągle potwierdzam bądź koryguję swój model drogi do mistrzostwa, które już odtąd nigdy nie będzie jednowymiarowe. Byłoby dla mnie życiową porażką, gdyby ktoś na moich dziewięćdziesiątych urodzinach wypomniał mi wyłącznie te cztery moje złote medale olimpijskie - bez zauważenia szerszego aspektu mistrzostwa. 136 Tytuł Mistrza Życia to raczej ludzie sami nadają... Tak, to ludzie nadają. Jak myślę o swojej drodze sportowej, to odkrywam, że stałem się świadkiem i uczestnikiem, a także dowodem na powodzenie procesu osobistej transformacji. To można nazwać mistrzostwem. Myślę, że pewne zasady, które wypracowałem i przetestowałem w sporcie, są transferowalne na nowe dziedziny aktywności. Teraz chcę sobie zapracować jeszcze na pozycję Mentor Plus, który wciąż będzie się rozwijał i wzmacniał swój potencjał kolejnymi latami doświadczeń, pracując w oparciu o pewien wytworzony i uświadomiony model osobisty. Jestem jednak na początku tej drogi. Wracając jeszcze do wątku __________ Akademia Mistrzów Sportu i Mistrzów Życia powstała jako stowarzyszenie laureatów konkursu zorganizowanego pod przewodnictwem Roberta Korzeniowskiego w ramach światowego roku edukacji poprzez sport, któremu w 2005 roku patronowała ONZ. 15 137 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu wizji moich dziewięćdziesiątych urodzin, to chciałbym wtedy być na tyle mocnym mentorem - autorytetem, by nie szukać ciągłego potwierdzania atrakcyjności osobistej. By móc się zająć honorowaniem i bawieniem moich wielogeneracyjnych gości. Wiesz, w Meksyku, który tak często się tutaj pojawia, mówi się „el profesor” do kogoś, kto może nie mieć nawet magisterium, ale to jest ten mistrz. „El profesor” to jest mistrz po prostu, bez wchodzenia w detale. I to jest tytuł nadany społecznie, honorowo, który bezdyskusyjnie jest akceptowany przez wszystkich. kamieni” - odpowiedziała grupa. „Nie” - rzekł profesor - jeszcze można wlać wodę”. Wlał wodę. „Teraz jest pełny” - powiedział profesor. „Czego was to uczy?” - zapytał. „No, tego, że nawet jak mamy kalendarz wypełniony po brzegi, to jeszcze można wcisnąć co nieco”. „Nie” - odrzekł profesor - najważniejsza jest kolejność. Najpierw trzeba włożyć to, co najważniejsze. A potem to, co jest mniej ważne i tak dalej. Popatrzcie na swoje kalendarze. Zastanówcie się, co jest najważniejsze dla was w życiu. Czy w waszych kalendarzach znajduje się to, co najważniejsze? Bo jak macie tam sam piasek albo żwir, to potem nie wciśniecie wszystkich potrzebnych kamieni. Bo zmieści się góra jeden. Najważniejsze musi być włożone na samym początku”. Ludzie w niego wierzą i go potrzebują, czyli taki byt jak mistrz - el profesor - istnieje po prostu, tak? Jest on dla ludzi realny. Nie jakaś tam nazwa i pomysł, marka. Nie, jego nie można wymyślić ani po prostu mianować. On jest mistrzem, tak bezwarunkowo. To jest też i mój cel. Być jak el profesor. Jest taka opowieść, tak sobie to nazwijmy. Opowieść ta miała stanowić przesłanie na temat zarządzania sobą czy też zarządzania sobą w czasie. Pewien profesor miał nauczyć zabieganych i znerwicowanych menadżerów, którzy ciągle nie mieli czasu, jak tym czasem zarządzać, żeby w końcu go mieć. Profesor ów miał, jak zwykle w takim przypadku, za mało czasu na przeprowadzenie solidnego wykładu. Postanowił więc przedstawić szacownemu gremium pewną anegdotkę. Przyniósł szklany, przezroczysty dzban. Ustawił go na stoliku przed nimi i wziął kamienie - duże kamienie. Powkładał je do dzbana, wypełniając go nimi po sam szczyt i zapytał: „Czy dzban jest pełny czy pusty?”. No i grupa mówi: „No... pełny kamieni”. Ale zawsze jest jedna osoba w grupie, która mówi inaczej i tak też się stało. Jedna osoba z grupy odezwała się: „No tak, ale jeszcze by się tam co nieco miejsca znalazło”. „Ależ macie rację” - powiedział profesor - „Jest pełny kamieni. Ale oczywiście, że można go jeszcze napełnić”. Wziął żwir, czyli dużo mniejsze kamyki i wsypał je do dzbana tak, że wypełniły się szczeliny między dużymi kamieniami. I spytał ponownie: „Pełny czy pusty?”. Grupa odpowiedziała: „Pełny. Ale może jeszcze coś się zmieści?”. „Macie rację” - odrzekł. Profesor wziął piasek i wypełnił piaskiem wszystkie miejsca i pyta: „A teraz?”. „A teraz już jest pełen piasku, żwiru, 138 Super. Co jest tym kamieniem w Twoim życiu? Czy to misja? Misja to jest ten największy kamień. To jest ten element, który musi się zawsze zmieścić. Ten kamień jest bezwzględnie istotny. Jeśli byśmy układali agendy i plany zajęć, to elementy mojej misji muszą być w nich ujęte. Musi być także kamień rozwoju, bo stale się rozwijam i nawet nie mogę założyć, że w którymś momencie zakończę misję. A może ten dzban bym nazwał misją? A kamienie to rozwój, szczęście osobiste... Wszystko, co robię, musi uwzględniać rozwój. Wszystko. Jest jeszcze przyjemność. Generalnie muszę tak planować, by w tym, co robię, było zawarte to, co mnie kręci. Ale nie kręci tak „adrenalinowo”! Po prostu coś, co sprawia, że jest mi z tym dobrze, krótko mówiąc. I to musi być. Jest też taki kamień relacji, czyli ludzie. Są to dziś mi znani ludzie, ale i ci, jeszcze niepoznani. Pewnie będą tacy ludzie, którzy bezwzględnie będą mi towarzyszyć przez całe życie. I nawet jeżeli ja w którymś momencie może zapomnę o jakimś kamieniu - człowieku, to on tam będzie i wyjęcie go stanowiłoby gigantyczną szczerbę. Wówczas miejsce to wypełniłoby się piaskiem. A tak. Wypełniłoby się to miejsce dziesiątkami różnych znajomości, czyli piaskiem. Są pewni ludzie, którzy są dla mnie ważnymi kamieniami. Zastanawiam się, czy nie miejsca, ale chyba tak. Jednak podróżując w tym czasie, jesteśmy w bardzo konkretnej rzeczywistości i też nie wyobrażam 139 Robert Korzeniowski Moja Droga Do Mistrzostwa Moja Droga Do Sukcesu sobie, by w tym moim dzbanie nie znalazły się pewne miejsca, światy geograficzne, które budują konkretną całość. One tworzyły mnie i tworzą jako człowieka, bo z tymi miejscami geograficznymi jest tak, że one tak naprawdę nigdy nie przestają nas tworzyć. Jeżeli gdzieś coś ważnego w naszym życiu się wydarzyło, to potem już nawet świadomość tego, że tam byliśmy formowani, na nas oddziałuje. Tego miejsca nie tracimy, to jest proces i ciągłość, czyli zawsze do mojego dzbana, gdziekolwiek bym nie ruszył, muszę wziąć ze sobą Jarosław, Tarnobrzeg, trochę Paryża, muszę zapakować Kraków, teraz Warszawę. To jest coś, co jest mną. Niepomijalne. Pewne zrealizowane etapy. Ale one muszą być zidentyfikowane, muszę znać ich wartość i ich sens dla mnie. Bo inaczej z tego się zrobi piach. Nawet kamień rozbity na drobny kawałek staje się piachem. Czyli w całej ciągłości życia - zwłaszcza, że tu mówimy o pewnym cyrkularnym, spiralnym rozwoju, muszą być wydzielone elementy, które odróżniają pewne fragmenty życia i osiągane w nich cele od pozostałych. Bo inaczej nie będziemy w stanie budować jakiegokolwiek doświadczenia bez zidentyfikowania tego, co się wydarzyło. No i jest taki kamień, który powinien mieć szczególną barwę. To jest kamień miłości własnej. Czyli moja własna akceptacja tego, co robię i moje pozytywne emocje wobec samego siebie. Czyli lubienie siebie i tutaj Ty, jako psycholog, wiesz, że nie chodzi o samo zakochanie się w sobie, tylko o to, że jest mi dobrze ze sobą. To jest wartość, która musi znowu znaleźć się w tym dzbanie. Nie wiem, czy czegoś nie pominąłem. Ale nawet jeżeli coś pominąłem, to znaczy, że być może jest to piach albo jest to żwir? Mówiłem o miłości, o szczęściu osobistym, o doświadczeniu. Na tym bym poprzestał. Są to te najważniejsze składowe mnie... Ale nie! Chwila, jest coś jeszcze! Jest jeszcze honor. Tak, honor jest niebywale ważny. To jest gra fair play. Niezbywalna wartość budująca porządek świata. o przeciekaniu czasu między palcami. To jest jak ta woda w dzbanie. Ale dokładnie jest tak, że cała reszta może sobie gdzieś tam pływać, dziać się mniej lub bardziej relatywnie. Można by wyobrazić sobie, że te wszystkie elementy, o których powiedziałem, tworzą rodzaj dłoni lub twardego szkieletu, który trzyma każdy projekt, wszystko, cokolwiek robimy. Gdy wypełniamy naszą misję, do której jesteśmy powołani, bądź do której raczej sami się powołujemy. Mówiąc o misji i filozoficznie trochę patrząc na życie - to jest tak, że rodzimy się, spełniamy, wypełniamy zadanie. Otwiera się i zamyka pewien cykl biologiczny. Otwiera się pewien cykl dojrzewania naszego mentalnego, społecznego. Ale nie zamyka się cykl związany z myślą. Bo myśl, którą tworzymy, jest w stanie dalej ewoluować. Jakby na to nie patrzeć, wszystko, co robimy w życiu, jest rodzajem misji, którą mamy do spełnienia. To waga myśli, która po nas pozostanie, waga tego całego przekazu od nas do świata. „Co robisz dzisiaj, aby stać się mistrzem?” Dayton McLane I tak naprawdę, w jakąkolwiek podróż bym się nie wybrał, czegokolwiek bym nie robił, to ludzie, miejsca, zamknięte etapy, doświadczenie właśnie mnie buduje. Ta cała miłość. To wszystko musi być ze mną. Dopiero wtedy znajduje się miejsce na jakieś inne elementy. Nieprzypadkowo mówimy 140 Co chciałbyś, aby po Tobie zostało? Ja bardzo bym chciał, by mój dzban pozostał dostępny dla następców i abym w życiu, po drodze, nie zgubił żadnego kamienia, albo też, aby żaden z tych włożonych za życia nie okazał się fałszywką. To trudne zadanie. Odróżnienie kamienia od żwiru. Jest takie ćwiczenie, zróbmy je teraz. Zastanów się, co chcesz, aby na Twoim pomniku było napisane? Jakbyś to Ty mógł całym swoim życiem odcisnąć się tam, na tym pomniku, to co tam miałoby być napisane? „Mistrz Życia”. Tyle. Bo tym bardziej będzie to istotne po śmierci. Po prostu „non omnis moriar” - nie wszystek umrę, prawda? I ten etap życia, który był znany mojemu otoczeniu, on powinien być oceniony jako mistrzowski. Sam na siebie tak chcę patrzeć. Chcę wygrywać życie. Byłem mistrzem olimpijskim, ale może po prostu chcę być MISTRZEM? „Człowiek, który jest ciągle świadomy, człowiek, który jest w pełni obecny w każdej chwili: to jest mistrz”. Anthony de Mello 141