MOJA DROGA DO ELEKTROTECHNIKI
Transkrypt
MOJA DROGA DO ELEKTROTECHNIKI
Z MOJA DROGA DO ELEKTROTECHNIKI awsze lubi³em majsterkowaæ. Jeszcze bêd¹c w szkole po wszechnej, wystrugiwa³em z drewna samoloty ze mig³em obracaj¹cym siê na wietrze i ³ódki z ¿agielkami, które puszcza³em na wodê. Gdy ju¿ mia³em 14 lat, wpad³a mi w rêce ksi¹¿eczka, opisuj¹ca budowê dzia³aj¹cego modelu maszyny parowej. Sk³ada³ siê on z kot³a, w którym podgrzewa³o siê wodê, doprowadzaj¹c j¹ do wrzenia, para wodna rurk¹ doprowadzana by³a do cylindra poprzez suwakowy mechanizm rozrz¹du, który kierowa³ dop³yw pary raz z jednej, a raz z drugiej strony t³oka. T³ok przez mechanizm korbowy napêdza³ wa³. Postanowi³em zbudowaæ tak¹ maszynê, ale brakowa³o mi materia³ów. Zacz¹³em rozpytywaæ o nie kolegów w szkole. W szczególnoci chodzi³o mi o rurkê mosiê¿n¹, potrzebn¹ do budowy cylindra parowego. I wtedy to w³anie jeden z moich kolegów, Zdzich Suski, powiedzia³ mi: Po co chcesz budowaæ maszynê parow¹? To rzecz k³opotliwa. Zbuduj lepiej silnik elektryczny. Jak siê okaza³o, ta chwila sta³a siê prze³omow¹ w moim ¿yciu. By³ to rok 1940, drugi rok okupacji niemieckiej. Mieszka³em wtedy w Warszawie na Ochocie, w nieistniej¹cym ju¿ domu przy ulicy Grójeckiej 94, tu¿ ko³o skrzy¿owania z Opaczewsk¹, a do szko³y chodzi³em na Wolê, na ulicê Bema. D³ug¹ tê drogê pokonywa³em pieszo, przechodz¹c pod torami kolejowymi tunelem w pobli¿u dworca Warszawa Zachodnia. Przed wojn¹ ukoñczy³em pierwsz¹ klasê Gimnazjum im. A. Mickiewicza, dawnej szko³y Konopczyñskiego, mieszcz¹cej siê przy ulicy jego imienia. By³a to jedna z najlepszych warszawskich szkó³ rednich. Nosi³a ona numer 4. Nr 1 by³o to Gimnazjum Batorego, Nr 2 Czackiego, Nr 3 Lelewela, a Nr 4 w³anie Mickiewicza. Ten numer widnia³ na tarczach szkolnych, które przyszywa³o siê do lewego rêkawa ubrania. Dnia 1 wrzenia 1939 r. mia³em iæ do klasy drugiej, ale wybuch³a wojna i rok szkolny nie rozpocz¹³ siê. Ciê¿k¹ zimê 1939/40 prze¿y³em w ma³ym podwarszawskim miasteczku Wiskitki, gdzie przerabia³em program klasy drugiej, korzystaj¹c z podrêczników zakupionych jeszcze przed wojn¹. Gdy po roku wróci³em do Warszawy, okaza³o siê, ¿e moje gimnazjum zesz³o do podziemia, i nie mog³em go odnaleæ . Rozpocz¹³em wtedy naukê w szkole na Bema. Nosi³a ona nazwê: Pañstwowe kursy przygotowawcze do szkó³ zawodowych II stopnia, nr 16. Nale¿y siê tu kilka s³ów wyjanieñ. Niemcy zlikwidowali w Generalnej Guberni szkolnictwo rednie ogólnokszta³c¹ce i szkolnictwo wy¿sze. Wed³ug ideologii hitlerowskiej Polacy jako podludzie (Untermenschen) mieli s³u¿yæ narodowi panów (Herrenvolk), za jaki uwa¿ali siê Niemcy. Zgodnie z tym, Polakom pozostawili jedynie szkolnictwo podstawowe (szko³y powszechne) i zawodowe. Szko³y zawodowe podzielili na szko³y zawodowe I stopnia na poziomie podstawowym, i II stopnia na poziomie licealnym. Dla licznej grupy m³odzie¿y, która skoñczy³a przed wojn¹ szko³ê powszechn¹ i rozpoczê³a naukê w gimnazjum do której ja w³anie nale¿a³em zorganizowano dwuletnie kursy przygotowawcze do szkó³ zawodowych II stopnia. Wród nauczycieli, którzy mnie wtedy uczyli, wyró¿nia³o siê szczególnie dwóch: Stanis³aw Malec, który uczy³ fizyki, i Seweryn Giebartowski, nauczyciel matematyki. Dziêki nim moje str. 3 zainteresowania przesunê³y siê z nauk humanistycznych, które przewa¿a³y w gimnazjum Mickiewicza, na nauki cis³e, a nastêpnie techniczne. Profesor Malec by³ autorem podrêcznika fizyki, z którego siê uczylimy, dziêki czemu wzrós³ bardzo u mnie jego autorytet. Prowadzi³ on lekcje fizyki w sposób niezwykle atrakcyjny, co mnie zachêci³o do nauki tego przedmiotu. Niestety, by³ chory na raka gard³a i przez to mówi³ szeptem. Zmar³, nie doczekawszy koñca wojny. Profesor Giebartowski uczy³ matematyki w sposób bardzo systematyczny, dziêki czemu gruntownie pozna³em podstawy algebry i geometrii. By³ chory na grulicê i równie¿ umar³ przed zakoñczeniem wojny. Wracaj¹c do mojej rozmowy z Suskim, zaproponowa³ mi on, ¿ebym przyjecha³ do niego do Wilanowa, gdzie mieszka³, to mi poka¿e swoje urz¹dzenia elektryczne. Której niedzieli wybra³em siê w podró¿ tramwajami z Ochoty do Wilanowa. Pañstwo Suscy mieszkali we w³asnym domku stoj¹cym w ogrodzie. Ojciec Zdzicha by³ in¿ynierem. Na werandzie Zdzich mia³ ca³e laboratorium elektryczne. Mo¿na by³o zmieniaæ napiêcie za pomoc¹ transformatora, regulowaæ pr¹d opornikiem, regulowaæ prêdkoæ obrotow¹ silników. Woltomierze i amperomierze pokazywa³y wartoci napiêcia i pr¹du, kolorowe ¿arówki zapala³y siê i gas³y, pokazuj¹c stany pracy odbiorników. By³em tym wszystkim oczarowany i postanowi³em zaj¹æ siê eksperymentowaniem z urz¹dzeniami elektrycznymi. Póniej nie raz jedzi³em do Wilanowa sam lub z kolegami. Po wojnie okaza³o siê, ¿e domek Suskich jest spalony, a Zdzicha ani nikogo z jego rodziny ju¿ nigdy nie spotka³em. Pierwszy motorek elektryczny, jaki zbudowa³em, by³ w³¹czony do sieci 220V w szereg z ¿arówk¹. Na osi zrobionej z kawa³ka szprychy rowerowej by³ osadzony wirnik w kszta³cie wiatraczka, wyciêtego z blachy z puszek od konserw. Obok wirnika umieszczony by³ elektromagnes. Gdy w³¹czy³o siê pr¹d, PISMO PG elektromagnes przyci¹ga³ najbli¿sze skrzyde³ko wiatraczka, gdy jednak znalaz³o siê ono na wprost elektromagnesu, przerywacz wy³¹cza³ pr¹d, skrzyde³ko przelatywa³o dalej si³¹ rozpêdu, a gdy zbli¿a³o siê nastêpne - pr¹d by³ w³¹czany ponownie. Taki prymitywny motorek zaczyna³ siê obracaæ, gdy siê go popchnê³o palcem, ale nie mia³ ¿adnej mocy, styki przerywacza iskrzy³y, ¿arówka mruga³a. Wkrótce zrozumia³em, ¿e aby zbudowaæ porz¹dny motorek, muszê mieæ transformator obni¿aj¹cy napiêcie do kilkunastu woltów oraz prostownik. Posiadanie transformatora sta³o siê dla mnie spraw¹ pierwszorzêdnej wagi. Poniewa¿ jednak nie uda³o mi siê go nigdzie kupiæ ani dostaæ, postanowi³em zbudowaæ go sam. Aby zdobyæ blachê na rdzeñ transformatora, chodzi³em po mietnikach i zbiera³em puszki od konserw. Po rozciêciu puszki blachê rozprostowywa³em i ci¹³em na paski, z których sk³ada³em rdzeñ transformatora. Po zrobieniu rdzenia przysz³a kolej na uzwojenia. Drut nawojowy mo¿na by³o kupiæ w sklepach z artyku³ami elektrotechnicznymi. Ale jak obliczyæ iloæ zwojów? Z elektrotechniki zna³em tylko prawo Ohma, ale to by³o za ma³o. Profesor Malec powiedzia³ mi, ¿e istnieje co takiego, jak indukcyjnoæ i opór indukcyjny. Poradzi³ mi, ¿ebym poszed³ do Biblioteki Narodowej na ulicê Koszykow¹ i poprosi³ o jak¹ ksi¹¿kê o transformatorach. W bibliotece bibliotekarka przynios³a mi ksi¹¿kê: Eugeniusz Jezierski Transformatory. Siedzia³em potem nad t¹ ksi¹¿k¹ w czytelni biblioteki przez parê dni, usi³uj¹c co zrozumieæ. By³o to niemo¿liwe, gdy¿ prawo indukcji elektromagnetycznej wyra¿one jest w formie ró¿niczkowej, a ja nie mia³em wtedy pojêcia o rachunku ró¿niczkowym. Gdy po 35 latach, w r. 1975, pozna³em osobicie profesora Jezierskiego, powiedzia³em mu, ¿e jego ksi¹¿ka by³a pierwsz¹ ksi¹¿k¹ z elektrotechniki, któr¹ czyta³em. Profesor, który by³ wtedy kierownikiem jedynej w Polsce Katedry Transformatorów na Politechnice £ódzkiej i projektowa³ olbrzymie transformatory energetyczne, wytwarzane w ³ódzkiej fabryce, przys³a³ mi egzemplarz nowego wydania swoich Transformatorów z dedykacj¹, a ja mu pos³a³em egzemplarz swojego podrêcznika akademickiego Elektrotechnika i elektronika. W Bibliotece Narodowej spêdza³em potem wiele wieczorów, czytaj¹c ró¿ne ksi¹¿ki techniczne, szczególnie z elektrotechniki. Gdy po ulicach Warszawy chodzili Niemcy, w czytelni biblioteki panowa³y spokój i cisza, mo¿na by³o zapomnieæ, ¿e jest wojna. Wraca³em do domu, dopiero gdy zbli¿a³a siê godzina policyjna. Jeli chodzi o uzwojenia mojego transformatora, to w koñcu dobra³em liczbê zwojów na oko, opieraj¹c siê na analogiach z innymi transformatorami. Wykonany transformator dobrze spe³nia³ swoje zadanie. Nie nagrzewa³ siê zbytnio, mimo zastosowania zwyk³ej blachy, zamiast specjalnej transformatorowej, a wykonane zaczepy na wtórnym uzwojeniu pozwala³y na regulacjê napiêcia w zakresie od kilku do kilkunastu woltów. Wkrótce zdoby³em gdzie prostownik selenowy, a nastêpnie 12-woltowy akumulator samochodowy. Mog³em teraz ³adowaæ akumulator, gdy by³o napiêcie w sieci, a nastêpnie owietlaæ mieszkanie pr¹dem z akumulatora, gdy napiêcie zosta³o wy³¹czone. W czasie okupacji wy³¹czanie napiêcia by³o bardzo czêste. Sieæ energetyczna by³a przeci¹¿ona, a dowóz wêgla do elektrowni stale zak³ócany. Pr¹d w³¹czano na krótko, 2 - 3 godziny dziennie raz po jednej, raz po drugiej stronie ulicy. W dodatku w okresie zimowym wszyscy w³¹czali grzejniki, co powodoPISMO PG wa³o sta³e przepalanie bezpieczników. Potrzebne wiêc by³o dodatkowe owietlenie mieszkañ. Niestety, lampy naftowe by³y nieprzydatne, gdy¿ nie mo¿na by³o kupiæ nafty. Zaczê³y siê rozpowszechniaæ lampy karbidowe. Wad¹ karbidówek by³o to, ¿e mierdzia³y, a poza tym grozi³y wybuchem. Ja rozwi¹za³em problem owietlenia za pomoc¹ akumulatora i prostownika. POLITECHNIKA W wakacje 1941 r. w³adze niemieckie zarz¹dzi³y praktyki wakacyjne. Moi koledzy zaczêli szukaæ praktyk po ró¿nych fabrykach. Ja w jaki sposób dowiedzia³em siê, ¿e tak¹ praktykê organizuje równie¿ w swoich warsztatach i laboratoriach Pañstwowa Szko³a Elektryczna II Stopnia, mieszcz¹ca siê w gmachach Politechniki Warszawskiej. Politechnika jako szko³a wy¿sza zosta³a przez Niemców zakazana, ale jej profesorowie z Wydzia³u Elektrycznego utworzyli wy¿ej wymienion¹ szko³ê (nie wiem, jak by³o z innymi wydzia³ami). Dyrektorem szko³y by³ profesor Politechniki R. Trechciñski, specjalista od teletransmisji (telefon, telegraf). Ale cz³owiekiem najbardziej zaanga¿owanym by³ profesor Politechniki Mieczys³aw Po¿aryski, o którym dopiero póniej dowiedzia³em siê, ¿e by³ jednym z najwybitniejszych elektryków polskich (w Warszawie - Miêdzylesiu istnieje ulica nazwana jego imieniem). By³ on niezbyt wysokiego wzrostu, mia³ siw¹ szpiczast¹ bródkê i czarne krzaczaste brwi. Prowadzi³ z nami wyk³ady, a w³aciwie pogadanki, w nowoczesnym, zbudowanym z szarej ceg³y Gmachu Elektrotechniki, w wielkim audytorium, które nosi dzi imiê profesora Drewnowskiego. Musia³o nas byæ sporo, bo audytorium by³o pe³ne. Zapamiêta³em sobie, ¿e miêdzy innymi mówi³ o licznikach energii elektrycznej i rozliczeniach z elektrowni¹. Dla przyk³adu poda³, w jaki sposób w staro¿ytnym Rzymie rozliczano siê z miejskimi wodoci¹gami za dostarczon¹ wodê. Otó¿ w ka¿dym domu rzymskim by³o atrium, w którym mieci³ siê basen, z którego czerpano wodê i do którego stale dop³ywa³a woda z wodoci¹gów. W³aciciel domu wykupywa³ w zarz¹dzie wodoci¹gów kalibrowan¹ rurkê i w zale¿noci od rednicy otworu w tej rurce uiszcza³ miesiêczn¹ op³atê za wodê. Im wiêkszy by³ otwór, tym wiêksza by³a miesiêczna op³ata. Wiêkszoæ zajêæ praktycznych odbywa³a siê w Gmachu Elektrotechniki. By³ tam du¿y magazyn starych aparatów telefonicznych, jeszcze w drewnianych skrzynkach. Demontowalimy te aparaty, gromadz¹c oddzielnie poszczególne ich elementy i przy okazji dowiaduj¹c siê, jaka jest ró¿nica miêdzy aparatami MB i CB (miejscowej baterii i centralnej baterii). str. 4 Politechnika Warszawska, Laboratorium Maszyn Elektrycznych w Gmachu Fizyki Mielimy równie¿ zajêcia praktyczne w starym Gmachu Fizyki, gdzie na parterze mieci³o siê Laboratorium Maszyn Elektrycznych. Tam po raz pierwszy zapozna³em siê z prawdziwymi, du¿ymi maszynami elektrycznymi. Nie muszê chyba dodawaæ, ¿e zrobi³y one na mnie silne wra¿enie. Na Politechnice spêdza³em ca³y dzieñ. W porze obiadowej dostawalimy obiad, który w tamtych czasach stanowi³ du¿¹ pomoc materialn¹. Nie wiem, kto to finansowa³. Przy okazji pozna³em ca³y teren Politechniki, zagl¹da³em do ró¿nych gmachów, a w upalne letnie dni spacerowa³em po cienistych alejkach. W wiele lat póniej, ju¿ po zakoñczeniu studiów na Politechnice Gdañskiej, odnowi³em z wielk¹ radoci¹ swoje kontakty z Politechnik¹ Warszawsk¹. Bêd¹c w Warszawie, zawsze zagl¹da³em do pracy do swojego kolegi Andrzeja Lelakowskiego, który skoñczy³ studia na Wydziale Elektrycznym PW, pracowa³ jako asystent, adiunkt i docent, zrobi³ doktorat i habilitacjê, a teraz by³by profesorem, gdyby nie umar³ 17 IX 1979 r. Potem pozna³em profesora Tuniê i jego ludzi, którzy obecnie s¹ profesorami PW: Koczarê, Dmowskiego, Kamierkowskie-go i innych. By³em 7 razy recenzentem prac doktorskich na PW i zawsze chêtnie tam zagl¹dam. *** Po praktyce wakacyjnej na PW rozpocz¹³em drugi rok nauki na kursach przygotowawczych. By³em ju¿ teraz elektrykiem ca³¹ gêb¹, otrzaskanym z widokiem maszyn i urz¹dzeñ elektrycznych i os³uchanym z pogadankami dotycz¹cymi ró¿nych dziedzin elektrotechniki, wyg³aszanymi przez powa¿nych profesorów politechniki. Zabra³em siê z zapa³em do budowy motorków elektrycznych, tym bardziej, ¿e mia³em ju¿ ród³o pr¹du sta³ego niskiego napiêcia. Swoj¹ motorkomani¹ zarazi³em grono najbli¿szych kolegów: Macieja Lewandowskiego, Janusza Sobienieckiego i kilku innych. Utworzylimy co w rodzaju klubu motorkowego. Na przerwach rozmawialimy o motorkach, w domu ka¿dy budowa³ motorki wed³ug swoich koncepcji, odwiedzalimy siê nawzajem, podziwiaj¹c swoje konstrukcje. Tymczasem Niemcy toczyli ciê¿kie boje na froncie wschodnim. Tracili przy tym mnóstwo sprzêtu. Z porozbijanych samochodów wymontowywali wszystko, co siê nadawa³o do powtórnego u¿ycia, i wywozili na ty³y. W ten sposób do warszawskiego oddzia³u firmy Bosch trafia³y ze Wschodu setki motorków od wycieraczek samochodowych, pr¹dnic i rozruszników samochodowych. Polacy, jak wiadomo, s¹ narodem przedsiêbior- str. 5 czym, tote¿ wkrótce te elementy elektryczne zaczê³y przenikaæ do r¹k polskich. W sklepach zaczê³y pojawiaæ siê ró¿ne urz¹dzenia i zabawki mechaniczne napêdzane przez silniczki wymontowane z wycieraczek. Nieraz sta³em przed wystaw¹ sklepow¹, patrz¹c na pracuj¹cy dwig lub je¿d¿¹c¹ po szynach kolejkê. Pojawi³y siê te¿ gramofony z napêdem elektrycznym (przed wojn¹ mia³y one napêd sprê¿ynowy) i zmieniaczem p³yt. Na ulicach pojawi³y siê riksze elektryczne z napêdem przez odpowiednio przystosowany rozrusznik samochodowy zasilany z akumulatora. Obserwuj¹c te zastosowania napêdu elektrycznego, zacz¹³em zastanawiaæ siê, czy ja równie¿ nie móg³bym spróbowaæ wykorzystaæ do celów zarobkowych mojej nowej pasji, jak¹ sta³a siê elektrotechnika. Postanowi³em zbudowaæ kolejkê elektryczn¹ i spróbowaæ j¹ sprzedaæ. Realizacja tego postanowienia zajê³a mi kilka miesiêcy. Kolejka mia³a siê sk³adaæ z lokomotywy i dwóch wagoników. Podstawowym materia³em by³a blacha z puszek od konserw. Wycina³em z tej blachy odpowiednie elementy i lutowa³em je, oczyszczaj¹c kwasem solnym. Lokomotywa mia³a kszta³t parowozu z kot³em i kominem. Wewn¹trz by³ motorek elektryczny, do którego doprowadza³o siê pr¹d z szyn za pomoc¹ mosiê¿nych blaszek. Szyny by³y z p³askowników ¿elaznych, podk³ady z drewnianych klocków. Pomalowa³em kolejkê czarnym lni¹cym lakierem i zanios³em do komisu, gdzie zosta³a ustawiona na wystawie. Po pewnym czasie zniknê³a z wystawy zosta³a sprzedana! W ten sposób udowodni³em sobie, ¿e z elektrotechniki da siê ¿yæ. Wreszcie, dnia 30 czerwca 1942 roku, drugi rok mojego chodzenia na kursy przygotowawcze, obejmuj¹ce zakres nauki do czwartej klasy gimnazjum, czyli tzw. ma³ej matury, skoñczy³ siê. Otrzyma³em zawiadczenie, uprawniaj¹ce do ubiegania siê o przyjêcie do jednej ze szkó³ zawodowych II stopnia, po odbyciu obowi¹zkowej praktyki. Ta praktyka mia³a trwaæ 1 rok i by³a po³¹czona z równoczesnym uczêszczaniem do obowi¹zkowej szko³y zawodowej, na przemian tydzieñ szko³y, tydzieñ praktyki. Cdn. Franciszek Przezdziecki Wydzia³ Elektrotechniki i Automatyki Z Notatki biograficzne nauczyciela akademickiego acz¹³em myleæ o spisaniu tych wspomnieñ w ubieg³ym roku, kiedy mija³a 30 rocznica g³ównych wydarzeñ, których one dotycz¹. Musia³o to trwaæ ca³y rok, ¿ebym doszed³ do wniosku. ¿e powinienem spisaæ te dzieje starszym dla przypomnienia, m³odszym ku przestrodze. W roku 1939 ukoñczy³em 4-letnie gimnazjum, uzyskuj¹c tzw. ma³¹ maturê. Dalsz¹ naukê w liceum uniemo¿liwi³ mi wybuch wojny. W latach 1939-1945 nie by³o mowy o dalszej nauce. Po kilku krótkotrwa³ych pracach, uda³o mi siê zatrudniæ jako krelarz w Pañstwowym Urzêdzie Gospodarki Wodnej. Najwiêksz¹ prac¹, jak¹ urz¹d kierowa³, by³a budowa wa³ów wzd³u¿ Wis³y na odcinku od rzeczki T¹¿yny (by³a to w okresie zaborów granica miêdzy Prusami i Rosj¹), a¿ po historyczne miasto Nieszawê. Wa³ ten, po³o¿ony po lewej stronie rzeki, chroni³ przed zalewaniem wodami Wis³y kilka wsi oraz uzdrowisko PISMO PG Grupa s³uchaczy kursu wstêpnego Politechniki Gdañskiej w roku akad. 1945/46 na dziedziñcu Technikum Budowy Okrêtów Conradinum" Ciechocinek. Praca w Urzêdzie mia³a dla mnie tê zaletê, ¿e dziêki niej zapozna³em siê, od strony praktycznej, z budownictwem wodnym i geodezj¹. Dziêki owiadczeniu trzech kolegów, którzy byli zatrudnieni wraz ze mn¹ w Urzêdzie, zaliczono mi na studiach trzy i pó³ roku praktyki w budownictwie. Tu trzeba wyjaniæ, dlaczego nie przed³o¿y³em zawiadczenia z pracy. Otó¿ Niemcy, zarówno urodzeni w Polsce, jak i pochodz¹cy z Niemiec, mieli tyle grzechów na sumieniu oraz strachu przed bolszewikami, ¿e uciekali z Polski w wielkim pop³ochu. Trudno mi by³o wiêc prosiæ ich o zawiadczenia z pracy. Nie trzeba by³o ich wtedy wysiedlaæ. Nie rozumiem, sk¹d zebra³o siê teraz w Niemczech tylu wysiedlonych. Umiejêtnoci zdobyte w Urzêdzie pozwoli³y mi przetrwaæ ciê¿kie czasy studenckie. W roku akad. 1945/46 us³ugi krelarskie umo¿liwi³y mi skoñczenie kursu wstêpnego. Na przyk³ad 90% rysunków w skryptach prof. K. Pomianowskiego Fundamentowaniei Hydraulika" wykona³em w³asnorêcznie. W czasie ferii w latach 1946, 1947 i 1948 pracowa³em w Rejonowym Kierownictwie Robót Wodno-Melioracyjnych w Ino-wroc³awiu, wykonuj¹c miedzy innymi projekt wstêpny, a po jego zatwierdzeniu równie¿ projekt techniczny odwodnienia terenów bezodp³ywowych w pobli¿u miasta Gniewkowa. Czas na wyjanienie, w jaki sposób, nie maj¹c matury, zosta³em w roku 1945 studentem Politechniki Gdañskiej. Otó¿ mam w posiadaniu zawiadczenie Komisji Weryfikacyjno-Kwalifikacyjnej przy Kuratorium Okrêgu Szkolnego Pomorskiego w Toruniu z dnia 3 wrzenia 1945 r., w którym stwierdza siê, ¿e na podstawie dokumentów i uproszczonych egzaminów w myl § 2 lit. b) Rozporz¹dzenia Ministra Owiaty z dnia 25 maja 1945 r. uzyska³em prawo wstêpu na wstêpny rok studiów w szko³ach wy¿szych na wydziale in¿ynieryjnym. Na uproszczone egzaminy sk³ada³y siê egzaminy pisemne z jêz. polskiego i matematyki oraz egzaminy ustne z jêz. polskiego, matematyki, fizyki i historii. Wród podpisów cz³onków Komisji, z³o¿onej z by³ych profesorów Uniwersytetu im. S. Batorego w Wilnie, figuruje nazwisko prof. Konrada Górskiego. Wyjaniê, dlaczego wymieniam w³anie nazwisko prof. Górskiego. Otó¿ na 50 zdaj¹cych nikt nie opuci³ sali egzaminacyjnej zadowolony z wyników. Ka¿dy by³ przekonany, ¿e obla³ z jêzyka polskiego. Egzamin u prof. K. Górskiego wygl¹da³ jednak dziwnie, bo profesor mówi³, deklamowa³, zdaj¹cy s³uchali oczarowani. Chyba nie tak powinien wygl¹daæ egzamin? Wystraszony wypowiedziami kolegów zwleka³em z wejciem do sali egzaminacyjnej, a¿ doczeka³em siê owiadczenia PISMO PG Komisji, ¿e koñczy ona egzamin ustny w dniu dzisiejszym (by³a to sobota), a wznowi przepytywanie nas w poniedzia³ek. Natychmiast rozpocz¹³em poszukiwania ksi¹¿ek, dziêki którym móg³bym zwiêkszyæ swoj¹ wiedzê z literatury polskiej. Nie by³o ³atwo je zdobyæ. Niemcy przez szeæ wojennych lat niszczyli wszelkie lady polskoci na terenach w³¹czonych do Rzeszy. Ksi¹¿ki polskie, które wpad³y w niemieckie rêce, p³onê³y na stosach. Ludnoæ polska by³a wysiedlana na teren tzw. Gubernatorstwa Generalnego. Wysiedleni mogli zabraæ tylko rzeczy najniezbêdniejsze. Moja rodzina by³a trzykrotnie przesiedlona. Ludzie ratowali g³owy, a nie myleli o ksi¹¿kach. Po takiej gehennie uda³o mi siê w granicz¹cy z cudem sposób zdobyæ Literaturê polsk¹ w dwóch tomach, w³anie prof. Górskiego. Przesiedzia³em nad ni¹ ca³y czas dziel¹cy mnie od egzaminu, w³¹cznie z noc¹ z niedzieli na poniedzia³ek. Egzamin przebieg³ pomylnie. Na pocz¹tku profesor otworzy³ mi ksi¹¿kê i nakaza³, po przeczytaniu i przeanalizowaniu treci tekstu, zadeklamowaæ wybrany utwór. By³ to sonet o morzu M. Konopnickiej. Dalsze pytania dotyczy³y znajomoci okresu romantyzmu i twórczoci A. Mickiewicza. I tu zdarzy³a mi siê jedyna wpadka. Na pytanie, który z duchów ukazuj¹cych siê w Dziadach odgrywa najwa¿niejsz¹ rolê, zamiast odpowiedzieæ panna, po zastanowieniu siê i uwzglêdnieniu faktu, jak¹ mamy Polskê, powiedzia³em z³y pan. No bo przecie¿ kogo uwa¿ano za wroga w socjalizmie. Oczywicie wyzyskiwacza, krwiopijcê, czyli z³ego pana. Odpowiedzi¹ t¹ trafi³em jak przys³owiow¹ kul¹ w p³ot. Profesor nie by³ tak nowoczesny. Dowodem na to by³o jego póniejsze usuniêcie z grona profesorów Uniwersytetu M. Kopernika w Toruniu za przekonania polityczne. Nie by³o mowy, aby zajêcia na wstêpnym roku studiów lub, jak siê mówi³o, na roku zerowym mog³y odbywaæ siê na terenie Politechniki, gdy¿ budynki uczelni by³y czêciowo zniszczone. Gmach g³ówny, który by³ zamieniony na szpital polowy w koñcowym okresie wojny, zosta³ w du¿ym stopniu spalony. Znaleziono wiêc dla nas pomieszczenia zastêpcze w budynku obecnego Technikum Budowy Okrêtów Conradinum, którego dyrektorem by³ prof. Politechniki p. A. Potyra³a. Budynek wygl¹da³ niele, wymaga³ tylko oszklenia okien. Uda³o siê to nam wykonaæ we w³asnym zakresie. Staralimy siê tak¿e ogrzaæ sale. O luksusie centralnego ogrzewania nie by³o mowy. Zorganizowalimy piecyk metalowy oraz rury do odprowadzania gazów i rozpoczêlimy ogrzewanie. S³uchacze kursu, id¹c do szko³y, zbierali po drodze opa³ w postaci starych mebli i innych materia³ów drewnianych, dziêki czemu moglimy ogrzewaæ pomieszczenie. Niestety, radoæ nasza trwa³a krótko, gdy¿ nie mo¿na by³o uzyskaæ odpowiedniego ci¹gu gazów i piecyk dymi³ niemi³osiernie. Zdecydowalimy wiêc, ¿e zamiast siedzieæ w zadymionej sali, bêdziemy uczyæ siê w zimnej sali, wdychaj¹c wie¿e powietrze. Profesorowie prowadzili wyk³ady w p³aszczach, wchodz¹c do sali zdejmowali jedynie nakrycie g³owy. Podczas wyk³adu chodzili doæ szybkim krokiem po sali, aby siê rozgrzaæ. S³uchacze natomiast siedzieli w ³aweczkach dla dzieci ubrani w to co siê da³o, by utrzymaæ nale¿yt¹ ciep³otê cia³a. Forma stypendiów nie istnia³a. Prawie ka¿dy musia³ siê sam utrzymywaæ. Chwytalimy siê ka¿dej pracy. Wysoko ceniona przez studentów by³a praca stró¿a nocnego. W dzieñ mia³o siê czas wolny i bra³o siê udzia³ w zajêciach, a w nocy by³ dach nad g³ow¹, ciep³e pomieszczenie i dobre warunki do nauki i wypoczynku. Innym dobrym zajêciem by³a praca korektora w redakcji pism Wybrze¿a, bo pracowa³o siê tylko noc¹. str. 6 Domów studenckich równie¿ nie by³o, nie licz¹c kilkupokojowej willi na ul. Krêtej (tylko dla socjalistycznej m³odzie¿y zrzeszonej w OM TUR) oraz domu przy ul. Lendziona 7 (tylko dla wiciowców, czyli zrzeszonej m³odzie¿y wiejskiej). Ja urz¹dzi³em siê niele. Mieszka³em wraz z bratem i kilkoma kolegami w suterenie domu przy ul. Ks. Wawrzyniaka 5 (obecnie: ul. £ukasiewicza) na terenie koszar Armii Radzieckiej, która zajmowa³a teren miêdzy ulicami Parkow¹ (obecnie: Bohaterów Getta), Politechniczn¹, Ks. Wawrzyniaka i Brack¹. Teren by³ co prawda ogrodzony p³otem z drutu kolczastego, ale oprócz strze¿onego wejcia mia³ kilka dziur w p³ocie. Po pewnym czasie Armia Radziecka opuci³a prowizoryczne koszary i dom, w którym mieszkalimy. Dom ten otrzyma³a Politechnika Gdañska na mieszkania dla pracowników. W zwi¹zku z tym postanowiono nas eksmitowaæ z zajmowanego domu. Obronilimy siê dziêki temu, ¿e mieszka³ z nami syn ówczesnego ministra Spraw Zagranicznych, Adam Rzymowski. Jesieni¹ 1946 r. administracja PG zaproponowa³a nam zamianê naszego mieszkania na po³o¿ony przy ul. Politechnicznej 12 lokal zajmowany przez profesora PG, St. Puzynê. Mówiono nam wtedy, ¿e do tych pomieszczeñ Politechnika nie bêdzie mia³a pretensji, ale latem 1947 r. mieszkalimy ju¿ w przydzielonym Politechnice na dom akademicki zamczysku na Biskupiej Górce. Dokucza³ nam bardzo brak sto³ówki, w której za dostêpn¹ dla studentów cenê mo¿na by zjeæ skromny obiad. Budynek przy ul. Siedlickiej 4 by³ pocz¹tkowo zajêty przez jednostkê Wojska Polskiego. Bratnia Pomoc Studentów Politechniki Gdañskiej stara³a siê pomóc uczelni w rozwi¹zywaniu jej k³opotów. Podjêto na przyk³ad uchwa³ê o obowi¹zku nieodp³atnego odpracowywania przez ka¿dego studenta na rzecz uczelni w roku akad. 1945/46 osiemdziesiêciu godzin. Kiedy w grudniu 1945 r. postanowiono zawiesiæ zajêcia na uczelni w miesi¹cach zimowych, poszlimy pod Urz¹d Wojewódzki prosiæ o pomoc w zdobyciu przez uczelniê opa³u. Opa³u nie zdobylimy, a do tego zostalimy uznani za rodowisko reakcyjne. Aby lepiej zobrazowaæ warunki studiów w tym okresie, nale¿y wspomnieæ o umilaniu nam ¿ycia przez Urz¹d Bezpieczeñstwa Publicznego. Wspomnê o jednej przygodzie, jaka mnie spotka³a jesieni¹ 1946r. Bêd¹c studentem I roku Wydzia³u In¿ynierii L¹dowej i Wodnej, zosta³em poproszony przez kolegów o pomoc w przygotowaniu siê do kolokwium z geodezji. Postanowilimy spotkaæ siê u kol. M. Wizmura, który mieszka³ w Sopocie przy ul. Gen. W. Sikorskiego w komfortowym, bo ogrzewanym pokoju. Dla lepszego przygotowania kolegów z budowy i rektyfikacji instrumentów geodezyjnych postanowi³em po¿yczyæ od znajomego fachow¹ ksi¹¿kê. Uda³em siê w tym celu na ul. Gra¿yny 11 i wpad³em w zasadzkê tzw. kocio³ przegotowany przez Bezpiekê". W nocy przewieziono mnie do Woj. Urzêdu BP, który mieci³ siê w obecnym gmachu s¹du na ul. Nowe Ogrody. Po pewnym czasie urz¹dzono u mnie na ul. Politechnicznej 12 podobny kocio³ek i wy³apano wszystkich moich kolegów, którzy przychodzili do mnie po deski krelarskie potrzebne na æwiczenia z geometrii wykrelnej. Przechowywa³em je u siebie ze wzglêdu na bliskie od uczelni po³o¿enie mego mieszkania. Koledzy moi co najmniej tydzieñ byli przes³uchiwani, ja za w semestrze zimowym roku akad. 1946/ 47 by³em w sumie 4 tygodnie pozbawiony wolnoci. Mimo tych trudnych warunków bylimy szczêliwi, bo moglimy wreszcie po strasznych latach wojny zdobywaæ wiedzê w polskim znów Gdañsku. str. 7 ¯ycie w uczelni tak oto opisuje prof. Witold Nowacki, ukochany przez nas nauczyciel akademicki, który w swych Notatkach autobiograficznych, wydanych w 1985 r. przez PWN, pisze: By³em wiadkiem i uczestnikiem budowy od podstaw Politechniki Gdañskiej, polskiej Uczelni technicznej, która swymi rozmiarami, poziomem naukowym, wynikami w kszta³ceniu i pracy badawczej rych³o przecignê³a dawn¹ Technische Hochschule Danzig. Z³o¿y³a siê na ten sukces patriotyczna postawa kadry naukowo-dydaktycznej, ¿ywio³owy pêd m³odzie¿y do nauki, wyj¹tkowo du¿y w powojennych rocznikach studentów odsetek ludzi utalentowanych, chc¹cych i umiej¹cych pracowaæ wytrwale, systematycznie i wydajnie.... Pochwa³a ta jest prawdziw¹ nagrod¹ za trud i powiêcenie jakie w³o¿ylimy w ukoñczenie studiów. Cdn. Henryk Weso³owski Klub Seniora MIGAWKI Z DAWNIEJSZYCH LAT (cd.) BRATNIACKA STO£ÓWKA ANNO 1945 Jesieni¹ 1945 Bratnia Pomoc Studentów Politechniki Gdañskiej gniedzi³a siê w dwu niewielkich pokoikach, po³o¿onych w przyziemiu Gmachu G³ównego, w skrzydle równoleg³ym do Wydzia³u Elektrycznego. Pomieszczenia te maj¹ obecnie numer 65 oraz 66. W prowizorycznie ukszta³towanym zarz¹dzie prym wodzi³a kole¿anka Sabina Kalinowska, stale ubrana w bia³¹ rogatywkê. Oprócz niej dzia³a³a jeszcze jedna kole¿anka oraz bodaj trzech kolegów. Je¿eli mnie pamiêæ nie myli, to jednym z nich by³ póniejszy prezes BP-SPG kol. Jan Kuta oraz Janek Dziedziak z naszego Wydzia³u. Dziedziak zajmowa³ siê organizowaniem i ewidencjonowaniem prac porz¹dkowych, wykonywanych nieodp³atnie na rzecz odbudowy Uczelni. Od cz³onków BP-SPG wymagano w pocz¹tkowym okresie wykonania ogó³em 80 godzin takich prac. Przypominam sobie, ¿e uczestniczy³em w przenoszeniu ocala³ej z po¿aru czêci zbiorów Biblioteki G³ównej; wydawnictwa te sk³adalimy w ma³ym budynku, miêdzy Laboratorium Wytrzyma³oci Materia³ów a budynkiem ¯elbetnictwa. Wywi¹zywanie siê z tych zadañ by³o konieczne, je¿eli chcia³o siê wykupiæ bloczki obiadowe do bratniackiej sto³ówki. Za³apanie siê do kolejki po te bloczki by³o trudne, gdy¿ chêtnych nie brakowa³o, a sto³ówka by³a ma³a. Budynek Bratniaka przy Siedlickiej nr 4 by³ wtedy zajmowany przez nasze wojsko, a sto³ówka mieci³a siê w niewielkim budynku po jakiej niemieckiej korporacji, stoj¹cym przy ulicy Krêtej 47. Po drodze do sto³ówki przechodzi³o siê ko³o PISMO PG Sala sto³ówki, 1930 r. rozleg³ego obiektu, gdzie dzi mieci siê jeden z wydzia³ów Uniwersytetu Gdañskiego. Jesieni¹ 1945 by³y tu koszary naszego wojska. Sala sto³ówki, po³o¿ona na piêtrze, by³a sporym pokojem, licz¹cym chyba ze trzydzieci metrów kwadratowych. Dania odbiera³o siê w okienku blisko schodów i przenosi³o do wolnego miejsca przy stole, ale z tym by³ du¿y k³opot. Na ka¿dym krzele kto siedzia³, a nastêpny ju¿ czeka³ za oparciem. Niekiedy trafia³o siê tak, ¿e trzeba by³o zadowoliæ siê miejscem drugiego oczekuj¹cego na sw¹ kolej. Jedzenie by³o doæ nêdzne i, co gorsza, nieraz wydawanie obiadu rozpoczyna³o siê ze znacznym opónieniem. W takim przypadku biesiadnicy wszczynali raban, wywo³uj¹c szefa sto³ówki o nazwisku Faszfa³ow. Sto³ówka otrzymywa³a od w³adz przydzia³y ¿ywnoci, ale po pewnym czasie zaczêto szeptaæ, i¿ Faszfa³ow urz¹dza jakie machlojki. Ferment stopniowo narasta³, a¿ pewnego grudniowego dnia dosz³o do eksplozji. Opónienie wydawania by³o skandalicznie du¿e, a jakoæ posi³ku fatalna. Przy stole ko³o mnie siedzia³ Miecio Okrêtowiec (o du¿ych lukach w uzêbieniu), który zaproponowa³ urz¹dzenie kociego koncertu, co powitano z uznaniem. Wtedy Miecio przeraliwym dyszkantem g³ono zapia³: FASZFA£OWA!, a zgodny chór doda³: DAWAÆ GO TU! DAWAÆ GO TU!. Po paru takich zwrotkach wezwany delikwent ukaza³ siê w wejciu i poleci³ do³o¿yæ co do wydawanych racji obiadowych. Pod koniec roku 1945 podobno zwia³ za granicê, bo póniej ju¿ go w sto³ówce nie by³o. W pierwszych dniach grudnia wojsko opró¿ni³o budynek Bratniaka, który pocz¹tkowo by³ otwarty i ogólnie dostêpny. Wszed³em i dotar³em do g³ównej sali jadalnej, gdzie na parkiecie znajdowa³y siê zamarzniête czarne ka³u¿e. Pod koniec stycznia 1946 sto³ówka bratniacka przenios³a siê na Siedlick¹. Personel obs³uguj¹cy tworzy³y m³ode dziewczyny, o których mówiono, ¿e s¹ Niemkami. W£ACIWY CZ£OWIEK... Znane powiedzenie w³aciwy cz³owiek na w³aciwym miejscu odnosi³o siê nie tylko do personelu nauczaj¹cego, ale tak¿e do studentów. Na szczególne wyró¿nienie zas³uguje przypadek, który mocno wry³ mi siê w pamiêæ. Pón¹ wiosn¹ 1946 musielimy zaliczyæ æwiczenia z matematyki, które dla naszego wydzia³u prowadzi³ asystent Leon £ukasiewicz, bêd¹cy wtedy studentem II roku. W póniejszym okresie wyrós³ z niego w Warszawie znany profesor. Podczas zajêæ, odbywaj¹cych siê w czwartki, Leonek zastanawia³ siê g³ono: Mo¿e kolokwium zorganizujemy za dwa tygodnie? Ale nie, bo wtedy bêdzie wolne z powodu wiêta jakiego-tam-cia³a. Taka manifestacja antyreligijna wywo³a³a natychmiastowa ripostê naszej kole¿anki PISMO PG Marysi Sankiewicz: Panie asystencie! Prosimy nie obra¿aæ naszych przekonañ religijnych! W odpowiedzi us³yszelimy natychmiast Bardzo pañstwa przepraszam za tê niew³aciw¹ wypowied. Pierwszym dniem wyk³adowym by³ 22 padziernika 1945 r., dzieñ rozpoczêcia powojennej dzia³alnoci dydaktycznej na Politechnice Gdañskiej. Pocz¹tek naszych zajêæ stanowi³ wyk³ad z fizyki, wyznaczony chyba na godzinê 10. w sali Auditorium Maximum. By³ on przewidziany dla s³uchaczy pierwszego roku z Wydzia³ów Elektrycznego, Mechanicznego oraz Budowy Okrêtów. Na pierwszy rok ka¿dego z tych Wydzia³ów przyjêto bodaj 150 studentów (moja matryku³a ma numer 215, który wynik³ z alfabetycznej kolejnoci nazwisk osób przyjêtych na wszystkie semestry naszego Wydzia³u!). W sali t³ok by³ ogromny: na dwóch klapkach siedzia³y ukosem trzy osoby i wielu s³uchaczy usadowi³o siê na schodach lub we wnêkach okiennych. Z og³oszeñ pod dziekanatami wiedzielimy, ¿e wyk³adaæ bêdzie prof. Wolfke, szeroko znany naukowiec, przed wojn¹ dzia³aj¹cy w Warszawie. Do sali wkroczy³ punktualnie, pojawiaj¹c siê z bocznego wejcia po prawej stronie przy cianie tablicowej. W chwili otwarcia skrzyd³a drzwi wszyscy obecni jak jeden m¹¿ ostentacyjnie powstali. By³ to spontaniczny wyraz uznania dla tego wybitnego naukowca, ale wywo³a³ ha³as, spowodowany powrotnym ruchem klapek siedzeniowych. Profesor le przyj¹³ okazane uszanowanie i g³ono powiedzia³: To nie szko³a rednia, by wstawaæ na powitanie wchodz¹cego nauczyciela!. Po kilku tygodniach Wolfke przeniós³ siê do Warszawy, ale wypada stwierdziæ, i¿ na ¿adnym z jego wyk³adów nie wydarzy³o siê ju¿ takie powitanie. Uszanowalimy jego s³ownie okazan¹ skromnoæ Æwiczenia rachunkowe z fizyki prowadzi³ w Auditorium Maximum adiunkt mgr Juszkiewicz, obdarzony du¿¹ swobod¹ w relacjach ze studentami. Po napisaniu zadania na tablicy rzuca³ wezwanie: Kto na ochotnika ? i zwykle kto siê tego podejmowa³. Którego dnia, gdy temat by³ zbyt trudny, nikt siê nie zameldowa³, a tylko z sali pad³ okrzyk Ochotnicy wyginêli podczas wojny!. Wówczas adiunkt stwierdzi³: No to ja mianujê ochotnika. To bêdzie pan! i wskaza³ studenta siedz¹cego w centrum galerii, tu¿ ko³o barierki. Czy to mam byæ ja? Tak, to pan!. Tak wywo³any rzekomy ochotnik wsta³ i ruszy³ do wyjcia z galerii. Szed³ i szed³, a idzie do dzi dnia i dojæ nie mo¿e. Po chwili Juszkiewicz zorientowa³ siê w tej dezercji i mianowa³ nastêpnego ochotnika, ale ju¿ z parteru. Jerzy Sawicki Wydzia³ Elektrotechniki i Automatyk Bratniak, 1930 r. str. 8