Ocalenie Atlantydy

Transkrypt

Ocalenie Atlantydy
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.
Zyta Oryszyn
Ocalenie Atlantydy
Fragment
3/30
ZYTA
Przeczytałam o niej w dzienniku Stachury. Pociąg obciął mu
cztery palce i żona chciała mu oddać swoje dwa, mieliby po równo.
Ona tak na serio?, zastanawiałam się...
Potem ją zobaczyłam. Słuchałam, przyglądałam się (podczas
obiadu, na który zaprosił nas do Złotej Kaczki Marian Brandys).
Pomyślałam: tak, ona mogłaby oddać człowiekowi swoje palce,
może nawet całą rękę.
Potem spotkałam ją w Związku Literatów. Były pierwsze dni
stanu wojennego, Związku jeszcze nie zawieszono i na wszystkich
piętrach kłębił się tłum pisarzy i tajniaków. Zeszłam do toalety.
Klęczała na podłodze i układała w kopertach jakieś kartki. Dobrze,
że jesteś, powiedziała, trzymaj drzwi i nikogo nie wpuszczaj.
Zakleiła koperty i schowała do majtek. Możesz otworzyć, powiedziała, lecę do Glempa. (Opowiadała potem, że w rezydencji prymasa
czekali na nią dwaj księża. Sięgnęła pod sukienkę. Jeden z księży
spłoszył się i pospiesznie odwrócił wzrok, drugi okazał się
domyślny. W kopertach były listy ludzi, bardziej i mniej znanych,
5/30
których oburzył stan wojenny i którzy chcieli dać temu wyraz na
piśmie).
Potem był ślub. Stali z Andrzejem przed ołtarzem, ceremonia
kończyła się i ksiądz coś do nich powiedział. Roześmiała się.
Pomyślałam: tak mogła zaśmiać się Sara, rozbawiona przepowiednią Pana Boga.
Potem przeczytałam Ocalenie Atlantydy. Pomyślałam: peerel
był pospolity, nijaki i pozbawiony formatu. Pod jej piórem nabrał
znaczeń, głębi i tajemnicy i chyba to właśnie nazywają talentem.
Hanna Krall
ROZDZIAŁ I
Polowanie
– To jest kuchnia w kamienicy – oświadczył brat, który przeżył.
– I ma ściany z cegły grubej na półtora metra. – Wyliczył to sobie,
bo zawsze sobie wszystko wyliczał.
Wyliczył sobie na przykład, kiedy zginie ostatni mieszkaniec ich
małej wioski nad Osławą koło Sanoka, jeżeli obok ich schronu
będzie prowadzona do lasu na rozstrzelanie jedna grupa ludzi tygodniowo. A oprócz tego, jeżeli od czasu do czasu ktoś natknie się
na minę albo dosięgnie go zbłąkana kula czy seria z automatu.
Albo zatłuką go wcale nie wygłodniali partyzanci ani Niemcy, ani
Sowieci, ale uciekinierzy z przekrwionymi oczami biegający po
lesie i po polach i kradnący mleko, kartofle, zboże i kury. Najchętniej podczas słotnych dni i mgieł.
Z tych obliczeń wyszło mu, że zginą wszyscy już niebawem albo
jeszcze szybciej, jeżeli są Żydami czy Cyganami. A może i są, bo
dlaczego nie mieszkają w domu, tylko w schronie.
7/30
Brat, który nie przeżył, uspokoił go. Nie są Żydami ani Cyganami. Nie mówią przecież ani po żydowsku, ani po cygańsku,
a przy ich domu nie stoi żaden kolorowy wóz. Nigdy też nie mieli
koni, tylko jedną krowę. A Cyganie krów do swoich kolorowych
wozów nie zaprzęgają. I babcia Mania, która siedzi z nimi
w schronie, ani nie ma peruki czy pejsów, ani nie wróży. Tylko się
modli i płacze. – Przypatrz się babci.
Babcia Mania była matką ich ojca. Miała rdzawoczarne jak dymy
nad spaloną wioską włosy i dwie dziurki do jedzenia.
Jedna dziurka była dziurką do jedzenia właściwą, druga niewłaściwą. Babci Mani często wpadało jedzenie do tej niewłaściwej dziurki. Zachłystywała się wtedy, krztusiła i kaszlała, co było
w schronie zabronione. I mówiła przez łzy: – A co ja zrobię, jak
mnie znowu wpadło w nie tę dziurkę. – Babcię co noc coś dusiło,
taki ciężar czy żal siadał jej na piersiach, bo już dalej nie mogła;
najpierw kazali jej przeżyć pierwszą wojnę światową, potem
bolszewicką, a teraz światową drugą. Całe życie grzebie swoich
zmarłych i zakatowanych i karmi jakichś uciekinierów, jak na
przykład tych, co wpadli do nich, kiedy zarekwirowano im
limuzynę, którą jechali na Zaleszczyki. Przez te Zaleszczyki i przez
Węgry albo przez Rumunię chcieli się przedostać do Szwecji, gdzie
jest cisza, spokój, skaliste wybrzeża, wyspy i morze, i gdzie pod oknami mieszkania ich córki przepływają olbrzymie pasażerskie
statki. Można siedzieć w fotelu i patrzeć na nie godzinami. – Polska – mówili uciekinierzy z zarekwirowanej limuzyny – to podły
kraj. Bezustannie trwa w niej polowanie, ktoś kogoś goni, ktoś
gdzieś ucieka.
*
Brat, który nie przeżył, powiedział, że uciekinierzy przesadzają
i nie przesadzają. Pod ruską granicą, w leśniczówce koło
8/30
Jarczowiec, u drugiej ich babci, babci Ady, też można było godzinami siedzieć spokojnie w fotelu i patrzeć przez okno. Czasami podchodziły pod nie sarny albo zające czy lisy. I można było słuchać,
jak babcia Ada wykłóca się z wujkiem Dorciem, że każe jej czytywać ilustrowane tygodniki kupowane w Buczaczu. – Tylko szastasz
pieniędzmi, drogi zięciu – mówiła do niego. A on: – A skąd inaczej
szanowna teściowa dowiedziałaby się, co to jest komunikacja
powietrzna. Albo usypianie chloroformem. Zdejmowanie fotografii. Utrwalanie głosu na płycie gramofonowej. I że teraz kobiety
noszą krótkie włosy i krótkie suknie. Za to mają więcej rozumu niż
szanowna córeczka szanownej teściowej. I wymyślają nowoczesną
prozę i poezję. I że w takim Związku Rad furorę robi filozof Marks,
który zezwala nawet na posiadanie wspólnych żon. – Podczas gdy
on w tej leśniczówce jedną tylko ma, a jakby wcale nie miał. Nawet
w najczarniejszą bezksiężycową noc leży na łóżku zakutana
w barchanowe majtki i koszule. On się wcale nie dziwi, że szanowny teść uciekł od teściowej aż nad rzekę Kongo i teraz mogą
go sobie oglądać tylko na zdjęciu, pod którym widnieje napis: Tu
są lwy i krokodyle, lecz odczuwam wszystkimi fibrami wolność.
Brat, który przeżył, oświadczył, że też chętnie poczułby wszystkimi fibrami wolność, a nie siedział w schronie. I zapytał, czy
u babci Ady pod oknem przepływały statki albo czy podchodziły
pod nie lwy i tygrysy. Brat, który nie przeżył, odpowiedział, że to to
nie, ale że dziewiętnastego września, kiedy akurat był u niej
z ojcem i matką na wakacjach, pod leśniczówkę podeszli Sowieci.
Przedtem ojciec nie bardzo chciał jechać w tak daleką drogę
z żoną i tylko jednym synem. Ale akurat drugi był chory, córeczka
też i musieli zostać nad rzeczką Osławą razem z babcią Manią.
Chodziły słuchy, że będzie wojna i że Niemcy się czają, żeby na Polskę skoczyć. I że Sowieci też się czają jak hieny. Ojciec zwierzył się
ze zmartwienia wujkowi Dorciowi, ale wujek Dorcio zawołał: – Ja
9/30
się z takich strachów śmieję, że aż mnie krew zalewa. Pewnie, że
w nadleśnictwie mówią podobnie, ale nawet jakby i jedni, i drudzy
na nas skoczyli, no to co? Tylko rozkruszy się ten skostniały świat
i przetasuje, a nas i tak nikt nie tknie. Bo każdemu będzie potrzebny jakiś leśniczy, jak ja. Czy jakiś księgowy, jak ty, czy to
Sowietom, czy to Niemcom. Niech się zamartwiają ci z kupą pieniędzy i latyfundiami, ale za to bez żadnego fachu w ręce. Ty mi
lepiej powiedz, czy to prawda, że kosmos jest zimny i czarny, mimo
że w nim świecą miliardy słońc podobnych do naszego, i czy na
księżycu jest dzień, czy go nie ma.
Kiedy pojechali to sprawdzić w bibliotece w Złoczowie, dowiedzieli się, że wybuchła wojna i że tłumy Polaków uciekają na
Zaleszczyki i dalej. Wysłali list do babci Mani, żeby przyjeżdżała do
leśniczówki razem z chorymi wnuczętami, ale odpowiedzi się nie
doczekali. Za to doczekali się Sowietów.
Dziewiętnastego września trzydziestego dziewiątego roku cały
dzień było cicho, sza, aż tu pod wieczór ni stąd, ni zowąd zaczęła
płonąć stajnia i drewutnia. Kobiety wybiegły na dwór. Coś
huknęło. Przed gankiem stała armata i konie, i jacyś wojskowi
w dziwnych czapkach i z jeszcze dziwniejszymi epoletami. Konie
stawały dęba. Świeciło słońce. Babcia krzyczała: – Co to znaczy?
Brat, który nie przeżył, schował się za olbrzymi zegar. Ojciec
i wujek Dorcio schwycili za dubeltówki, wtedy dziwni żołnierze zawołali do babci trochę po polsku, trochę po rusku: – Dawaj nazad,
babuszka. Pakować się i na Sybir, hajda, polskie panie. A gdzież to
polscy panowie się podzieli?
Wtedy wujek z ojcem zaczęli strzelać, więc i Sowieci zaczęli
strzelać. I wszystkich powystrzelali, tylko brata, który nie przeżył,
nie zauważyli za tym zegarem.
Brat, który nie przeżył, musiał wyjść z ukrycia, bo zaczął się
krztusić. Na ganku kucnął nad trupami. Jeden z nich nie był jednak trupem. Ruszał się i oddychał, choć cały był zlany krwią.
Potem otworzył oczy i chwiejnie wstał. To była matka.
10/30
Do wsi nad rzeczką Osławą pod Sanokiem uciekali miesiąc.
Kiedy dotarli na miejsce, babcia Mania ich nie poznała. Brat, który
przeżył, wyliczył sobie później, że jeżeli oni uciekali miesiąc trzysta
kilometrów, to on nad rzekę Kongo będzie uciekał dziesięć
miesięcy. Bo od schronu do rzeki Kongo dzieliło go ze trzy tysiące
kilometrów. Tak powiedzieli ci, którym zarekwirowano limuzynę.
A co to jest takie głupie dziesięć miesięcy? Mniej więcej tyle już
wszyscy siedzieli w schronie. Oprócz matki, bo ktoś musiał dawać
im jeść i wynosić nieczystości.
*
Schron urządzono bardzo przemyślnie, choć najpierw był tylko
zwykłą ziemną piwnicą usytuowaną w pewnym oddaleniu od domu
tak ze sto lat temu, zanim wybuchła druga wojna światowa. Do
piwnico-schronu schodziło się po gliniastych stopniach zamaskowanych darnią i ziemią. Potem był mały, bardzo niski korytarzyk
i trzy komory. Trzymano w nich peklowane mięso w beczkach,
kwaśne mleko, dziczyznę. Podczas wojny bolszewickiej dodrążono
jeszcze jeden korytarzyk. Zapasowe wyjście.
Zapasowym wyjściem można się było przeczołgać na oddaloną
od domu i schronu polanę. Polanę obrastały dęby, a obok nich,
samotnie, stała stumetrowa sosna. Tak twierdził brat, który
przeżył. Twierdził, że wyliczył sobie, ile ona ma metrów.
A uciekinierzy, którym zarekwirowano limuzynę, twierdzili, że na
świecie, który się rozciąga poza polaną i lasami, istnieją takie
wysokie domy. Tak zwane kamienice. Albo pałace, zamki, kasztele,
dzwonnice. Albo katedry i drapacze chmur.
Brat, który przeżył, postanowił to wszystko obejrzeć, zanim
dotrze nad rzekę Kongo, do dziadka. Wyliczył sobie, że od
początku świata nie można było przecież postawić więcej kamienic,
katedr i drapaczy chmur niż jakieś tysiąc tysięcy. Więc jak skończy
się wojna i będzie można wyjść ze schronu, on natychmiast
11/30
ucieknie i to wszystko zobaczy. Byle przedtem nie latała w kółko
oszalała krowa, która jak się nalatała, to pobiegła prosto do ich
domu, wywaliła drzwi i wpadła do salonu.
Siostra zapytała braci, jak wygląda salon, a bracia zdziwili się, że
tego nie pamięta. Przecież nie siedziała w schronie przez prawie
pięć lat. Najpierw długo mieszkała normalnie w domu, więc
i w salonie. Dopiero dziesięć miesięcy temu matka zdenerwowała
się, że jak Niemcy zaczynają się cofać, to nad Osławę nadejdą
Sowieci, i pochowała ich wszystkich w schronie. Żeby ich nie
wytłukli.
Babcia Mania zaczęła płakać, że ona salonu też już nie pamięta.
A ci z limuzyny, którzy nie zdążyli uciec do Szwecji przez Rumunię
ani przez Węgry, powiedzieli, że też już zapomnieli, jak wyglądają
normalne, nie gliniaste ściany, firanki na oknach, obrus na stole
i czarna kawa w rosenthalowskich filiżankach na białym obrusie.
Całymi dniami nic, tylko glina i glina, czasami polana, czołganie się
po korytarzyku, pierzyny i przegniłe dywany.
Kiedy siostra wreszcie mogła zobaczyć na nowo salon, to okazało
się, że okna w nim trzeba przysłonić kirem. Matka ubrana na
czarno stała nad balią, odsłaniała siwy kosmyk włosów i farbowała
na czarno ubrania jej i bratu, który przeżył.
Ci z limuzyny dziwili się, że można tak w jednej sekundzie
osiwieć. Czytali o tym tylko w powieściach. Wydawało im się, że to
są złe powieści. Do kostiumów przypięli sobie czarne kokardki
i choć nastał koniec wojny, nie pognali do Szwecji, tylko czekali na
pogrzeb.
Kiedy nastał ten koniec wojny, do matki przybiegli sąsiedzi spod
Sanoka. Zaczęli strasznie krzyczeć z daleka. Babcia Mania uznała,
że dają znać, aby uciekali przez zapasowe wyjście. Pierwszy zapasowym wyjściem zaczął czołgać się brat, który nie przeżył. Za
nim babcia Mania. Zawołali pozostałych: – Chodźcie szybko, tylko
że nas tu coś zatarasowało!
12/30
Potem huknęło, posypała się ziemia, korytarzyk się zawalił. Brat,
który nie przeżył, i babcia Mania natknęli się na jakiś niewypał. Ci
z limuzyny twierdzili, że raczej to była bomba samolotowa. Taka
z opóźnionym zapłonem.
Trumny dla nich zbito ze stumetrowej sosny, która stała na polanie, nim powalił ją wybuch. Siostra otwierała szeroko oczy, żeby
widzieć te trumny w salonie, ale wszędzie był dym. Matka powiedziała, że to nie jest prawda, dymu wcale nie ma. Przecież nawet
nie palą się świece. Ci z limuzyny przyjrzeli się jej i uznali: – Pani
córka chyba trochę oślepła, za długo siedziała w ciemnicy.
Brat, który przeżył, zaczął sobie obliczać, na ile kawałków mogło
poharatać brata, który nie przeżył, i babcię Manię. W trumnie
leżeli jakby w całości. Matka zemdlała.
Dwa miesiące po pogrzebie syna i teściowej matka zdecydowała
się, że pojedzie na poniemieckie ziemie. Bo nad rzeczką Osławą
koło Sanoka, choć wojna się skończyła, trwało nadal polowanie na
ludzi. Jedno wojsko polskie polowało na drugie wojsko polskie
i znowu trzeba było siedzieć w schronie.
Z okna wagonu, którym jechali na poniemieckie ziemie, siostra
przez okopcone szkiełko mogła oglądać świat. Bez okopconego
szkiełka nie mogła tego robić, bo oczy zachodziły jej mgłą
i strasznie w nich coś kłuło. Więc z zakopconym szkiełkiem
czatowała, kiedy zobaczy te kamienice wyższe od stumetrowej
sosny, z której zrobiono trumny. Albo jeszcze wyższe katedry czy
drapacze chmur. Albo krokodyle i rzekę Kongo.
Ale nie zobaczyła niczego więcej, tylko pola, pola i pola. Czasami
rzeczkę, dróżkę, chwasty, jakie rosły obok schronu, i laski podobne
do tego, jaki rósł koło ich domu nad rzeczką Osławą. Czasami w szparach migały jakieś słupy. A raz gromada mężczyzn z widłami
w dłoniach goniła jakiegoś pojedynczego mężczyznę. Raz w potoczku leżał koń. Był sztywny, miał rozpłatany brzuch i sterczące
ku niebu nogi.
13/30
Do kamienicy w poniemieckim mieście doprowadzono ją
z opaską na oczach, bo krwawiły i ciekła z nich jakaś ciecz. I nie
wolno jej było oglądać niczego nawet przez okopcone szkiełko.
Tylko nocami mogła spać bez opaski. I to wtedy, kiedy nie świecił
księżyc. W jakimś pomieszczeniu położono ją na stercie pierzyn.
Została sama, bo brat i matka gdzieś biegali i nie mieli dla niej
czasu. Uchyliła opaskę. Był wieczór. Przybiegł brat. Zapalił
świeczkę. Po ścianach wysokiego pomieszczenia zaczęły pełzać
cienie. Zupełnie jak w schronie. Brat wcisnął jej do ręki kawałek
chleba z marmoladą i kubek gorącej wody. Powiedział: – To jest
kuchnia w kamienicy. – I wyliczył jej, że kamienica ma cztery
piętra i że na tych czterech piętrach mieści się dwanaście
mieszkań. I że każde mieszkanie ma po cztery pokoje z kuchnią,
a każdy pokój ma po dwa okna. I że ściany tej kamienicy są grube
na półtora metra.
Za oknem kuchni coś monotonnie szumiało, cichło i warczało.
Zapytała brata, czy to tak szumi, cichnie i warczy morze, i czy za
oknem płyną statki. Ale brat powiedział, że to tak warczy, cichnie
i szumi ulica miejska, po której chodzą piesi i jeżdżą wojskowe
dżipy, a także ciężarówki z przesiedleńcami. Chciała to zobaczyć,
ale nie mogła wstać. Przeniesiono ją do osobnego pokoju. – Życie
musi iść naprzód – orzekła matka. – Siostra ci niedługo
wyzdrowieje.
Brat biegał całymi dniami jak oszalały, ale od czasu do czasu
wpadał do jej pokoju z różnymi wieściami i z jedzeniem. – Całe
szczęście, że jest tu bieżąca woda i że nie muszę latać po nią do potoku ani ciągnąć jej ze studni. Jak wstaniesz, to zobaczysz, jak to
działa.
Pewnego wieczora przybiegł z wieścią, że do kamienicy
wprowadziło się już osiem rodzin i że wszystkie mają dzieci. Wszyscy mówią po polsku, tylko jedna rodzina strasznie zaciąga,
a jeszcze jedna między sobą mówi po niemiecku, co mu się przyda.
Bo się od tej rodziny nauczy niemieckiego. Jak będzie uciekał do
14/30
dziadka nad rzekę Kongo przez Niemcy, nikt nie pozna, że on nie
jest Niemcem.
Poza tym, pan Ślużyński, który się tu przeprowadził z nieodległej
osady, chodzi jak panisko w kapeluszu i wyzywa wszystkich od
kurwadziadów zza Buga. Pani Śliwowa wypadła z okna, bo zapomniała, że mieszka na czwartym piętrze. Połamała nogi. I też leży
w osobnym pokoju. A pan Śliwa udaje, że szuka pracy, i znika na
całe dnie, ale wiadomo, gdzie znika. Biega po opustoszałych jeszcze
kamienicach i kuje ściany, i szuka w tych ścianach złotych łyżek.
A ze wszystkimi przyjechały duchy i zaczęły straszyć.
Bo poniemieckich duchów tu nie ma i nie straszą. Tylko koło
zamczyska, które stoi ze dwa kilometry od ich kamienicy, nocami
jeździ karoca zaprzęgnięta w sześć czarnych koni. Powozi nimi
woźnica bez głowy. Ale się go nikt nie boi i wszyscy wynoszą
z zamku, co chcą. A brat wyniósł sobie bobsleje. Idzie zima, więc te
bobsleje jak znalazł. Będzie się lepiej na nich uciekało. Polskich
duchów zaczynają się trochę bać. Jeden z nich pokazuje się jako
wstążka i woła: – Modlitwy! – Ten duch przyjechał razem z panią
Niewirowską spod Wilna. I jest jej bratem zakatowanym przez
bolszewików. Pani Śliwowa twierdzi, że jej duch groźniejszy. Nikt
nie wie, skąd się wziął w Waplewie pod Olsztynem, ale tam tego
demona wszyscy znają. Nie robi nic takiego, tylko szczęka nocą
pokrywkami. Ale kiedy szczęknie, zbliża się jakaś wojna. Ostatnio
znowu zaczął szczękać, aż zasnąć nie można.
Brat, który przeżył, trochę się tym szczękającym pokrywkami
duchem zdenerwował. Gdyby przyszła nowa wojna, toby mu
mocno pokrzyżowało szyki. Wyliczył sobie, że ten dziadek znad
rzeki Kongo nie pożyje już długo. Starzy ludzie umierają nawet nad
rzeką Kongo. A tu jeszcze doszły jakieś wieści, że zaczynają uszczelniać polskie granice.
Nawet zapytał matki, co takie uszczelnianie znaczy. Czy jest to
podobne do uszczelniania okien na zimę. Bo jak tak, to nawet mróz
się niedługo przez granicę nie przedostanie, a co dopiero on
15/30
z bobslejami i nartami. I jeszcze dodatkowo doszły wieści, że
Zachód zaprzedał Polskę jakiemuś Stalinowi i że teraz dopiero zacznie się polowanie, i że już milicjantowi Gajdzie nakazano
nasłuchiwać, czy czasami wśród przesiedleńców nie ma kogoś
z Armii Krajowej.
Jakby wszystkiego było za mało, pewnej nocy przyszli do kamienicy jacyś mężczyźni. Mieli broń. Zabierali wszystko, co popadnie,
i ładowali na wojskowe ciężarówki. I bobsleje, i maszyny do szycia.
I poniemieckie serwisy.
Zerwali siostrze opaskę z oczu, bo mogła pod nią ukrywać przed
nimi złote obrączki rodziców.
*
Brat, który przeżył, po raz pierwszy w życiu zapłakał. Po odejściu
mężczyzn powiedział: – Nigdy nikt się stąd nie wymknie, a polowanie nigdy się nie skończy.
Potem położył się na łóżku. – Dajcie mi też czarną opaskę na
oczy. Nie chcę niczego oglądać. Nawet bobslejów już nie mam.
Następnego dnia ulicą przejechał ciężarowy wóz pełen choinek.
Po raz pierwszy też w życiu brat, który przeżył, przybiegł wystraszony. – Komu oni tyle trumien będą robili, wszyscy kupują po
choince i mówią coś o świętach. Czy w każdej rodzinie teraz ktoś
nie przeżyje?
ROZDZIAŁ II
Schron
Ciąg dalszy w wersji pełnej
ROZDZIAŁ III
Góry Ciemności
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ IV
Żelazna Kurtyna
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ V
Cudza skóra, czyli historia
choroby, historia żałoby
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VI
Sidła
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VII
Mgła
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ VIII
Podróżnik
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ IX
Liść
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ X
Znowu ta Greta
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ XI
Wieża
Dostępne w wersji pełnej
OD AUTORKI
Dostępne w wersji pełnej
Ocalenie Atlantydy
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
ZYTA
ROZDZIAŁ I Polowanie
ROZDZIAŁ II Schron
ROZDZIAŁ III Góry Ciemności
ROZDZIAŁ IV Żelazna Kurtyna
ROZDZIAŁ V Cudza skóra, czyli historia choroby, historia żałoby
ROZDZIAŁ VI Sidła
ROZDZIAŁ VII Mgła
ROZDZIAŁ VIII Podróżnik
ROZDZIAŁ IX Liść
ROZDZIAŁ X Znowu ta Greta
ROZDZIAŁ XI Wieża
OD AUTORKI
Karta redakcyjna
Wydawca
Agata Pieniążek
Redaktor prowadzący
Beata Kołodziejska
Redakcja
Marianna Sokołowska
Redakcja techniczna
Lidia Lamparska
Korekta
Jadwiga Przeczek
Marzenna Kłos
Copyright © by Zyta Oryszyn, Warszawa
2012
Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o.,
Warszawa 2012
Copyright © for the e-book edition by
Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012
Świat Książki
Warszawa 2012
Weltbild Polska Sp. z o.o.
ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa
Księgarnia internetowa: Weltbild.pl
Niniejszy produkt objęty jest ochroną
prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku
29/30
osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie
osobom trzecim, nieokreślonym adresatom
lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub
podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
ISBN 978-83-273-0210-6
Nr 90453150
Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl
al. Szucha 8, 00-582 Warszawa
e-mail: [email protected]
www.eLib.pl
@Created by PDF to ePub
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.