Nowy pocz.tek.vp

Transkrypt

Nowy pocz.tek.vp
9
By³a druga nad ranem, kiedy obudzi³o mnie natarczywe dzwonienie do drzwi, a strona ³ó¿ka Mike’a nadal œwieci³a pustk¹. Zatelefonowa³ co prawda wczeœniej i uprzedzi³ mnie, ¿e wróci do
domu, najwyraŸniej jednak bardzo póŸno. „March – powiedzia³ –
nied³ugo przyjadê, ale mia³em piekielnie ciê¿ki dzieñ... dobry
i z³y”.
Kiedy wyje¿d¿a³, nabra³am nawyku zamykania na ³añcuch
drzwi kuchennych, co doprowadza³o go do szaleñstwa. Zwlok³am
siê z ³ó¿ka i w tej samej chwili telefon zacz¹³ dzwoniæ. Pomyœla³am, ¿e straci³ cierpliwoœæ i ¿eby mnie obudziæ, zadzwoni³
z telefonu komórkowego.
Ignoruj¹c telefon, wysz³am zaspana z pokoju i zesz³am po
schodach, mamrocz¹c pod nosem coœ o wadach mê¿czyzn,
a zw³aszcza mê¿ów. Mia³ przecie¿ w³asne cholerne klucze. Gdzie
tym razem je zostawi³?
Oba dzwonki – telefonu i przy drzwiach – nie przestawa³y terkotaæ.
– Ju¿ idê!
Otworzy³am drzwi na oœcie¿, co nie by³o zbyt m¹drym posuniêciem w przypadku kobiety, która pozamyka³a ca³y dom niczym
Fort Knox. W chwili gdy uœwiadomi³am sobie, ¿e jest druga nad
ranem, drzwi by³y ju¿ otwarte, a ja patrzy³am na policjanta
w ciemnym mundurze, który wygl¹da³, jakby sta³ na bacznoœæ,
wysoki i wyprostowany, oœwietlony ¿ó³t¹ matow¹ ¿arówk¹, któr¹
Mike wymieni³ w poprzedni¹ niedzielê.
– Ktoœ jest w domu – powiedzia³ do zestawu g³oœnomówi¹95
cego zatkniêtego w ucho i w tej samej chwili telefon przesta³
dzwoniæ.
By³o wilgotno i zimno, a ja mia³am na sobie jedynie podkoszulkê na rami¹czka i œci¹gane tasiemk¹ spodnie od pid¿amy,
dlatego objê³am siê ramionami.
Policjant spojrza³ mi w oczy, by³ powa¿ny i spiêty.
– Pani Cantrell? ¯ona Micheala Cantrella?
Niczym zasnuwaj¹ca wszystko gêsta mg³a, wype³ni³a mnie
dziwna pustka, zaczynaj¹ca siê od miejsca, gdzie moje serce
w³aœnie zamar³o. Mia³am wra¿enie, jakbym ogl¹da³a z zewn¹trz
tê scenê, rozgrywaj¹c¹ siê przede mn¹, a to, co siê dzia³o, uderzy³o mnie z tak¹ klarownoœci¹, ¿e potrzebowa³am chwili, by dobyæ g³osu.
– Czy Mike ¿yje?
– Przykro mi.
Jego spojrzenie i ca³e zachowanie uzna³am za nieporadn¹ mieszaninê zrozumienia i wspó³czucia, ale dopiero w póŸniejszych
miesi¹cach. Ludzie nie wiedz¹, co powiedzieæ wdowie, zw³aszcza gdy jest siê osob¹, która ma jej zakomunikowaæ, ¿e w³aœnie
sta³a siê jedn¹ z nich.
Mike Cantrell nie ¿y³, bo znalaz³ siê w niew³aœciwym miejscu
o niew³aœciwym czasie. Zaledwie kilka kilometrów od domu kierowca jad¹cy pod pr¹d jedn¹ z wielu jednokierunkowych ulic
w San Francisco zabi³ mojego mê¿a, poœlubionego trzydzieœci
cztery lata wczeœniej, i ojca czwórki naszych dzieci.
Myœli k³êbi³y mi siê w g³owie, dochodz¹c do granic ironii.
Przelecia³ bezpiecznie ca³¹ drogê do domu. Nie jecha³ swoim
porsche, przez co najprawdopodobniej zgin¹³, bo nie chcia³ zaparkowaæ go na lotnisku, gdzie ludzie obijali drzwiczki i wgniatali zderzaki. Jecha³ sedanem, ciê¿kim, drogim niemieckim wozem, zrobionym z hartowanej stali, z poduszkami powietrznymi
i silnikiem, który osi¹ga³ pe³n¹ prêdkoœæ na autostradach. Mocny silnik i poduszki powietrzne s³u¿y³y przecie¿ chronieniu kierowcy.
Przez ca³e doros³e ¿ycie jeŸdzi³ w du¿ym ruchu ulicznym,
wœród mgie³, latami prowadzi³ starego chevroleta w górach, gdzie
drogi s¹ zaœnie¿one i œliskie, czasami pokryte œmiertelnie niebez96
pieczn¹ go³oledzi¹. Lata³ wszelkimi rodzajami samolotów po ca³ym œwiecie. A jednokierunkowa ulica, zaledwie jedn¹ przecznicê od domu, by³aby miejscem, gdzie zakoñczy³ swoje wspania³e,
cudowne ¿ycie?
„Mia³em piekielnie ciê¿ki dzieñ...”
Ca³y mój œwiat zmieni³ siê w czasie jednej sekundy. Na pewno s³yszeliœcie takie powiedzenie, mo¿e nawet sami je powtarzacie, nie maj¹c do koñca pojêcia, jak jest przera¿aj¹co prawdziwe.
¯ycie zmieni³o siê za spraw¹ kilku s³ów... z których oba brzmia³y
tak tanio. „Przykro mi”. Policjantowi by³o przykro. Nie mog³am
zrobiæ nic, poza staniem przed tym biednym, wspó³czuj¹cym mi
wys³annikiem œmierci, gdy fatum wymierzy³o mi cios prosto
w twarz.
Nie by³am w stanie p³akaæ, bo wszystkie ludzkie uczucia k³êbi³y siê we mnie jednoczeœnie. Obróci³am siê i zobaczy³am, ¿e
Mickey stoi na schodach, w powyci¹ganej pid¿amie zwisaj¹cej
mu z bioder, i patrzy zaciekawiony, w³osy stercz¹ mu na wszystkie strony jak wtedy, gdy mia³ trzy lata.
Jak powiedzieæ w³asnym dzieciom, ¿e najwa¿niejsza dla nich
osoba nie ¿yje?
Dowiedzia³am siê, jak to zrobiæ: stoi siê w skorupie zimnego
spokoju niczym zombi i mówi s³owa, których w ogóle nie mia³o
siê na myœli, i patrzy siê, jak coœ piêknego, wrodzonego u dzieci,
wyparowuje na twoich oczach. A to by³ dopiero pocz¹tek jednego z najgorszych okresów ¿ycia: radzenia sobie ze œmierci¹.
Odrêtwienie zaczê³o mnie opuszczaæ po tygodniu od pogrzebu
Mike’a, kiedy po raz pierwszy wysz³am z domu i ukry³am siê
w parku, gdzie siê pobraliœmy. Mia³am po prostu doœæ wszystkich, którzy chcieli byæ przy mnie, nawet najlepszych przyjació³ek, patrz¹cych na mnie, podobnie jak reszta, jak na fiolkê nitrogliceryny.
Dziêkujê Bogu za dzieci. Bo z ich powodu nie wolno mi by³o
znikn¹æ. Nie mog³am zmieniæ siê w amebê albo odjechaæ w sin¹
dal i nigdy nie wróciæ. Rodzina musi pozostaæ rodzin¹, cokolwiek
j¹ spotka.
Dzieñ po dniu obserwowaliœmy siê nawzajem, obchodziliœmy
97
dooko³a jak zbite psy o przestraszonym i nieufnym spojrzeniu,
jakiego wczeœniej nigdy nie by³o w naszych oczach. W jakiœ sposób potrzebowaliœmy rozpaczliwie znaleŸæ miêdzy sob¹ coœ innego ni¿ dzielony ból albo zupe³ny i przejmuj¹cy strach. Chodziliœmy wokó³ siebie na palcach, niezdarni i brocz¹cy w ciszy krwi¹,
a¿ wiêcej znaczenia nabiera³y chwile, gdy nic nie mówiliœmy, ni¿
to, co zosta³o rzeczywiœcie wypowiedziane.
Podda³am siê impulsowi chwili i uciek³am z domu, by znaleŸæ
siê daleko od przyjació³ dzwoni¹cych, ¿eby sprawdziæ, jak siê
czujê; od firmy, któr¹ ¿y³ mój m¹¿; od formularzy podatkowych,
które nale¿a³o wype³niæ; od rachunków do zap³acenia; od prozaicznych codziennych obowi¹zków, które wykonywa³am, choæ
w œrodku wszystko we mnie krzycza³o: Doœæ! Doœæ! Doœæ! Œwiat
siê zatrzyma³. Mój œwiat siê zatrzyma³.
Tak wiêc usiad³am na surowym odludziu, wysoko na wspania³ym wzgórzu w moim ukochanym, pe³nym kontrastów mieœcie, otoczonym zatokami, nad którymi poprzerzucano mosty,
i cudownym Oceanem Spokojnym, bêd¹cym jednoczeœnie wielk¹
b³êkitn¹ barier¹ i otwartym oknem na œwiat. Nie bez powodu
œpiewano o nim piosenki. I wierzê, ¿e uciek³am do tego w³aœnie
miejsca, bo chcia³am odnaleŸæ w³asne serce.
Powyginany cyprys o w³óknistej korze mia³am za plecami,
a zimny wiatr znad wody owiewa³ mi twarz. Na wiosnê by³o jeszcze za wczeœnie. Na grz¹dkach nie kwit³y bujnie aksamitne fio³ki,
spod trawy nie wychynê³y jeszcze mlecze ani jaskrawo¿ó³te
p¹czki gorczycy. Ale dzieñ by³ pogodny, kalifornijski, o b³êkitnym niebie i lazurowej wodzie, z wiatrem wiej¹cym od Pacyfiku,
³agodnie wdzieraj¹cym siê do zatok i ku bia³ym szczytom... przypominaj¹cym bezy lub bit¹ œmietanê.
Jêzyk ksi¹¿ek kucharskich. Nie przesadŸ z biciem. Ostatnio
w³aœnie to robi³am, odruchowo bij¹c siê piêœci¹ po nodze, gdy
zbyt d³ugo siedzia³am nieruchomo. Molly zwróci³a mi na to uwagê, patrz¹c na mnie w taki sposób, ¿e zaczê³am w¹tpiæ, czy rzeczywiœcie udaje mi siê realizowaæ wspania³y plan, zgodnie z którym
mia³am nie dawaæ dzieciom powodów do zmartwieñ. Jeszcze
jako dziecko moja córka umia³a skoncentrowaæ siê na prawie
98
niewidocznych elementach krajobrazu: sowie siedz¹cej na najwy¿szym drzewie; ca³ej muszelce pieni¹¿kowca le¿¹cej na stercie po³amanych skorup; satelicie wygl¹daj¹cym jak gwiazda, poruszaj¹cym siê po nocnym niebie nad górami Sierra. Bardzo
wczeœnie zorientowa³am siê, ¿e Molly zosta³a stworzona do trzymania w rêkach aparatu fotograficznego.
Powiedzia³a mi kiedyœ, ¿e w Buffy, postrachu wampirów zrobiono trzysta szeœædziesi¹t cztery b³êdy – przypuszczam, ¿e obejrza³a wszystkie odcinki i wypatrzy³a je co do jednego. Wygrywa³a zazwyczaj rodzinne konkursy „kto znajdzie najwiêcej wpadek
w jakimœ filmie”, bêd¹ce tradycyjn¹ gr¹ Cantrellów, co sporo
mówi o tym, jakie filmy ogl¹daliœmy. Swoje umiejêtnoœci odziedziczy³a po Mike’u, który by³ takim maniakiem filmowym, ¿e
chodzi³ i gwizda³ przez wiêksz¹ czêœæ dnia, gdy na DVD wypuszczono Gwiezdne wojny, i dodawa³ do tego g³oœny ³oskot, gdy
szturmowiec przez przypadek uderza³ go w g³owê przy wejœciu
do domu.
To, ¿e George Lucas potrafi³ œmiaæ siê z w³asnych b³êdów,
wprawia³o Mike’a w doskona³y humor – sam potrafi³ œmiaæ siê
z siebie – ale w rodzinie klownów Molly traktowa³a wszystko
zbyt powa¿nie. Tylko ona doszukiwa³a siê czegoœ znacznie g³êbiej od reszty z nas. Lubiê myœleæ o sobie jako bystrej kobiecie.
Ale mój umys³ nie pod¹¿a ³atwo za tokiem myœlenia mojej córki.
Czêsto œciera³yœmy siê ze sob¹ i ku mojej ogromnej frustracji
nigdy nie zdawa³am sobie sprawy, ¿e zbli¿a siê awantura.
W poprzedni¹ niedzielê rozmawia³a z Phillipem, kiedy wydawa³o siê im, ¿e ich nie s³yszê w pokoju obok. Jestem matk¹ – to
jasne, ¿e wysz³am z niego i s³ucha³am.
– Dlaczego? – odezwa³a siê Molly.
– Co dlaczego?
– Ile razy tato jeŸdzi³ tamt¹ ulic¹? Dlaczego wtedy? Dlaczego
on? Nie zadajesz sobie pytania dlaczego?
– Nie, krasnalu. I nie chcê wiedzieæ wiêcej ni¿ to, czego dowiedzieliœmy siê do tej pory. Jecha³ do domu. Jakaœ ciê¿arówka
z przyczep¹, skrêcaj¹c, z³o¿y³a siê jak scyzoryk, a inny samochód
musia³ wjechaæ w pierwsz¹ lepsz¹ ulicê, ¿eby na ni¹ nie wpaœæ,
99
i to przes¹dzi³o o œmierci ojca. – Phil przerwa³ na chwilê, g³os
trochê mu siê obni¿y³. – Nie mo¿na powtarzaæ w nieskoñczonoœæ
tego, co ju¿ siê wydarzy³o.
– Ja muszê.
– No có¿, ja nie. – Philip by³ wyraŸnie podenerwowany.
– Muszê znaleŸæ w tym jakiœ sens. Jakiœ powód.
– W œmierci nie ma ¿adnego sensu. W ¿yciu prawdopodobnie te¿ – odpowiedzia³, a ja nienawidzi³am goryczy, któr¹ us³ysza³am w g³osie syna. Zostawi³ Molly sam¹ i poszed³ do ¿ony.
Mia³am nadziejê, ¿e Keely da³a mu to, czego potrzebowa³ w tamtej chwili.
Opar³am siê plecami o œcianê i czeka³am, usi³uj¹c zdecydowaæ, czy dam radê tam wejœæ. Nawet gdy nie by³am s³aba i pogr¹¿ona w rozpaczy, nigdy ³atwo nie przychodzi³o mi stawiæ czo³o
Molly lub z ni¹ porozmawiaæ. Tamtego dnia by³am roztrzêsiona,
dlatego stchórzy³am i nie posz³am do niej. Przesiedzia³a w swoim
pokoju ca³e wieki. Myœlê teraz, ¿e pope³ni³am b³¹d, zostawiaj¹c
j¹ wtedy sam¹, bo choæ spróbowa³am póŸniej z ni¹ porozmawiaæ – zanim odesz³a i kiedy ja czu³am siê bardziej pozbierana –
nie chcia³a ze mn¹ mówiæ o ojcu. Otacza³ j¹ ciemny szal przygnêbienia. Obcesowo i szybko zmieni³a temat, a ja potem nie
mog³am oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e z powodu w³asnej s³aboœci zaprzepaœci³am jedyn¹ dla nas obu okazjê wspólnego op³akiwania
Mike’a.
W nocy, gdy Mike zgin¹³, policjant powiedzia³ mi, ¿e umar³
w u³amku sekundy, wyœwiechtane s³owa, które mia³y daæ mi jak¹œ pociechê. Umar³ w u³amku sekundy. Naszym dzieciom nigdy
nie powtórzy³am tych s³ów, niezale¿nie od tego, czy by³y prawdziwe, czy nie. Obrazy, które ze sob¹ nios³y, by³y okrutniejsze
ni¿ sama wiadomoœæ.
A teraz, dzisiaj, na wzgórzu, jakich odpowiedzi szuka³am?
Skuba³am palcami trawê, patrzy³am z parku na wodê w oddali
i zastanawia³am siê, po co tu przysz³am, dlaczego tak naprawdê
tutaj przybieg³am?
Poniewa¿ by³ to zwyk³y dzieñ tygodnia (wtorek? œroda? –
wszystko jedno), w zatoce naliczy³am tylko tyle ³odzi, ile jest
palców u mojej prawej rêki, na której przez ponad trzydzieœci lat
100
nosi³am œlubn¹ obr¹czkê, która nie mia³a ju¿ drugiej do pary. „Teraz” nie mia³o znaczenia. Ze wzgórza roztacza³ siê panoramiczny,
niczym nieprzes³aniany widok, ale ja nie potrafi³am dostrzec
stamt¹d ¿adnej przysz³oœci.
Jedno wiedzia³am na pewno: w³aœnie prze¿y³am pó³tora tygodnia, które zmieni³o bieg mojego ¿ycia i nawet w jednym
z moich ulubionych miejsc na œwiecie nie mog³am siê ukryæ.
Niezale¿nie do tego, jak bardzo siê wysila³am, nadal prawie
nic mnie nie obchodzi³o, wiêc ostatecznie podnios³am siê. Owia³
mnie wiatr, zimny i wilgotniejszy ni¿ ostatnim razem, kiedy tu
przysz³am. A potem ten sam wiatr wia³ mi w plecy, popycha³ do
domu, bo rzeczywiœcie na wzgórzu nie znalaz³am miejsca, gdzie
mog³abym siê schowaæ.
Minê³o du¿o czasu, zanim moja skóra odzyska³a zmys³ dotyku, a jeszcze wiêcej dni, zanim poczu³am smak czy zapach czegokolwiek. Mog³am jeœæ cytrynê, zupe³nie siê przy tym nie krzywi¹c, trzymaæ rozwœcieczonego skunksa na rêkach albo otwieraæ
lodówkê bez czucia œladu zapachu, ¿e coœ w niej siê psu³o. W koñcu dla mnie by³o to bez ró¿nicy.
Dni mija³y, a ja niewiele z nich pamiêta³am. Dzieci musia³y
mi wszystko powtarzaæ po kilka razy. Przygl¹da³am siê im badawczo, ¿eby odwróciæ uwagê od w³asnej ¿a³oby i iœæ naprzód
w otoczeniu pozorów normalnego ¿ycia. Prze¿ywa³am ka¿dy
dzieñ, ka¿d¹ godzinê, ka¿d¹ minutê niczym postaæ z jakiejœ sztuki napisanej sympatycznym atramentem.
To wszystko mnie nie dotyczy³o. To nie by³o rzeczywiste.
Ale prawda by³a taka: to jest moja nowa rzeczywistoœæ. Michael
David Cantrell umar³ i jeszcze d³ugo potem ja te¿ chcia³am nie ¿yæ.
10
Kiedy mijaj¹ce dni przechodzi³y w tygodnie, okaza³o siê, ¿e
podnoszê na duchu innych, którzy dzwonili, przyjació³ Mike’a
i jego brata. Zadziwiaj¹co ³atwo wesz³am w rolê pocieszycielki,
bior¹c na siebie próbê u³atwienia im pogodzenia siê ze strat¹. To
œmieszne, bo ca³kiem nieŸle sobie radzi³am z ich telefonami, z py101
taniem, jak siê czujê, zaczynaliœmy wtedy rozmowê o tym, co
Mike dla nich znaczy³, mogli powiedzieæ mi coœ, czym chcieli siê
podzieliæ, a jakaœ czêœæ mnie chcia³a prawdopodobnie tego s³uchaæ. Nie przestawa³am odbieraæ telefonów.
W koñcu jednak ¿egna³am siê z nimi, odk³ada³am s³uchawkê
i ponownie czu³am siê zagubiona, otoczona chmur¹ smutku, która zdawa³a siê unosiæ nade mn¹. Wtedy te¿ drobne przejawy normalnego ¿ycia zaczê³y z powrotem pojawiaæ siê w tych ponurych
dniach.
Czasami roz³¹cza³am siê, wsiada³am do samochodu i jecha³am na zakupy. Ale kupowa³am jedynie drogie, skórzane torebki.
Usi³uj¹c pocieszyæ ludzi, którzy kochali Mike’a, musia³am uciekaæ, robiæ coœ niewymagaj¹cego myœlenia, jak zakupy, bo wtedy
przez jakiœ czas mog³am ignorowaæ posêpne miejsce, gdzie próbowa³am ¿yæ normalnie, kiedy nic ju¿ nie mia³o byæ normalne.
Prawdê powiedziawszy, wierzy³am, ¿e znajdê dla siebie coœ, co
przyniesie mi radoϾ.
Ludzie, którzy znali Mike’a, pracowali z nim i darzyli go szacunkiem, planowali zorganizowaæ ceremoniê upamiêtnienia podczas najwa¿niejszych dorocznych zawodów w Heavenly Valley.
Jego wspó³pracownicy i ca³a bran¿a sportów zimowych pragnêli
zrobiæ coœ dla Michaela Cantrella. To dlatego znalaz³am siê przed
East Peak Lodge nad Tahoe w mroŸne pi¹tkowe popo³udnie na
pocz¹tku lutego. Nikt z nas nie by³ nad jeziorem od dnia œmierci
Mike’a.
Tradycyjnie nasza rodzina spêdza³a zimowe weekendy na po³udniowym brzegu. Nie potrafiê powiedzieæ, dlaczego przestaliœmy tam przyje¿d¿aæ. Zanim pojawi³a siê ta sprawa, w ogóle
o tym nie rozmawialiœmy. Ka¿dy wiedzia³ swoje. Mo¿e wszyscy
baliœmy siê napomykania o Tahoe. Ale w naszej œwiadomoœci
ci¹gle t³uk³a siê myœl, ¿e dzieci i ja powinniœmy coœ zrobiæ dla
Mike’a. Dlatego przy okazji zawodów snowboardowych wypad
na weekend wydawa³ siê idealnym czasem dla rodziny, by tak¿e
w zaciszu domowym uczciæ ¿ycie Mike’a.
Mia³am przed sob¹ górê œniegu i lodu, z ostrymi ciemnymi
szczytami, rozcinaj¹cymi czyste, choæ blakn¹ce granatowe niebo,
wskazuj¹ce mi moje miejsce, jako zbyt ma³ej i niekonsekwentnej
102
na tym wielkim œwiecie, który nagle sta³ siê dla mnie obcy. Sta³am przed perspektyw¹ mozolnego i trudnego wchodzenia w ¿ycie, które mnie czeka³o, pierwszej wyprawy od dziesiêcioleci bez
mê¿a u boku.
Nie zna³am drogi przed sob¹, a to, co niewiadome, zawsze jest
zdradliwe i przyt³aczaj¹ce. Autentyczny i przera¿aj¹cy strach przejmowa³ mnie do szpiku koœci. Mike przesta³ ju¿ byæ dla mnie
opok¹. ¯eby ukryæ ten strach, musia³am zas³aniaæ twarz kruch¹
mask¹ normalnoœci. Mo¿na by pomyœleæ, ¿e sta³am siê cieniutkim kryszta³em, który niew³aœciwie dotkniêty lub poruszony odpowiedni¹ nut¹ rozpadnie siê na milion kawa³eczków.
Sport zawsze stanowi³ wa¿n¹ czêœæ naszego ¿ycia, ale dziœ nie
budzi we mnie emocji ani ekscytacji. Choæ nadal bardzo go lubiê.
Mike uwielbia³ snowboard. A ostatni raz wszyscy jeŸdziliœmy
na desce jeszcze podczas minionych wakacji i Mike by³ wtedy
z nami.
Racjonalnie powtarza³am sobie, ¿e sta³am ju¿ dok³adnie w tym
miejscu i zje¿d¿a³am na dece z tej samej góry, któr¹ widzia³am
przed sob¹, tyle razy w ci¹gu minionych lat, czasami z dzieæmi,
czasem z wnukami trzymanymi w ramionach. Tym razem nios³am drewnian¹ skrzynkê, zawieraj¹c¹ wszystko, co zosta³o po
moim mê¿u.
Drewniana skrzynka. Rozeœmia³am siê, bo wybór drewna jako
materia³u na urnê by³ z rodzaju, jaki Mike uzna³by na pewno za
cholernie œmieszny. W ponurych dniach po jego œmierci ja i dzieci musieliœmy chodziæ do zak³adu pogrzebowego (obowi¹zek spoczywaj¹cy na rodzinie, choæ tak naprawdê powinien byæ wype³niany przez kogokolwiek, byle nie rodzinê). Wysoki mê¿czyzna
w bia³ej, szeleszcz¹cej koszuli, ciemnym garniturze i nieciekawym krawacie pasuj¹cym do reszty zapozna³ nas ze wszystkimi szczegó³ami, a potem po³o¿y³ przed nami kilka oprawionych
w plastik albumów i g³êbokim, ³agodnym g³osem poprosi³, ¿ebyœmy wybrali urnê na prochy. Zostawi³ nas samych na czas podjêcia decyzji, a kiedy drzwi zatrzasnê³y siê za nim z g³oœnym
klikniêciem, w pokoju zaleg³a g³ucha cisza, trzymaj¹ca nas jak
w pu³apce, rodzinê, w której zwykle nikomu usta siê nie zamyka³y, w której wszyscy bez przerwy ze sob¹ rozmawiali.
103