Kamila Cieśluk

Transkrypt

Kamila Cieśluk
Kamila Cieśluk
II nagroda
Wiatrem malowane
Punkt Wyjścia, maj 2005
,,Chciałbym być SOBĄ
Chciałbym być SOBĄ
Chciałbym być SOBĄ wreszcie
Chcemy być SOBĄ
Chcemy być SOBĄ
Chcemy być SOBĄ wreszcie (…)”
Refren z wczorajszej dyskoteki ciągle obija mi się po mózgu, nie daje spokoju. Kto
jeszcze puszcza takie kawałki?... Budzik dzwoni coraz głośniej. Ani moje ciało, ani mój umysł
nie ma ochoty, aby wstać i rozpocząć kolejny dzień. Nie potrafię pozbyć się myśli, które
zostawiło po sobie ,,wczoraj”.
Jeszcze nie doszłam do ,,dzisiaj”. Deszcz głośno bijący o czerwoną blachę daje mi do
zrozumienia, że spania na dziś dosyć. A ja tak bardzo chcę spać – bo wtedy tylko śpię, nic
więcej mnie nie obchodzi. Zapadam w błogą obojętność.
Daję sobie jeszcze pięć minut, które powinny być przeznaczone na pakowanie się. W
łóżku jest ciepło i przez chwilę myślę, że dziś mogłabym być chora. Powieki uciążliwie mi
opadają, jakby grubą warstwę ołowiu pokrywała jeszcze spora dawka żelaza i miedzi.
Trochę fizycznego wigoru dodaje mi sprint po mieszkaniu, który odbywam każdego
ranka. Usilnie poszukuję bluzki i skarpety, która gdzieś się zapodziała. Wyrzucam zawartość
szuflady w poszukiwaniu cyrkla. Bajzel, bajzel, bajzel.
Wkładam płaszcz i wychodzę z mieszkania. Tata pojechał do pracy, Adam jeszcze śpi.
Dom też jeszcze śpi, choć mam jak zwykle wrażenie, że po ścianach przemykają cienie.
Cienie tego, co tu się kiedyś wydarzyło. Cienie ludzi, którzy tu kiedyś żyli. Cienie ludzi, którzy
odeszli i tych, którzy jeszcze wędrują.
Na przystanku rozkładam parasol. Jestem otępiała, nie myślę dosłownie o niczym. Nie
mogę się skupić, skoncentrować, wszystko dociera do mnie po długim czasie. Jeżeli w ogóle
dociera.
Wpadłam do głębokiego ,,dołu”, z którego nie mogę się wydostać. Tkwię tam już jakiś
czas, ale zamiast próbować ucieczki, ratunku, zapadam się coraz głębiej. Na dodatek sama
1
wytrwale biorę łopatę i podkopuję się, dlatego jestem coraz głębiej. Do mojego dołu nie
dociera już żadne światło. Nie ma tam ludzi, bo kto by chciał wejść tak głęboko? Kto by chciał
tak głęboko siedzieć?
Nie chcę, żeby ktokolwiek tam ze mną siedział.
Jestem sama ze swoimi myślami, marzeniami, pragnieniami.
Z tymże one wszystkie są puste. Puste dlatego, że ja jestem niemiłosiernie pusta.
Wyprana doszczętnie ze wszystkiego, wypłukana z resztek ,,wnętrza”, które kiedyś było takie
piękne, przytulne, jasne.
Myśli urwane 1
Gdzie zgubiłam moje wnętrze?
***
Zacznę szukać we wspomnieniach. W innych ludziach, miejscach. Muszę się cofnąć.
Znaleźć Lepszy Punkt Wyjścia.
Lepszy Punkt Wyjścia, lipiec 1996
Droga bardzo mi się dłużyła. Z przerażeniem myślałam o tym, ile czasu zajmie nam
pokonanie 100 kilometrów.
Ale nie można mnie źle osądzać. Byłam małą dziewczynką! Bardzo małą, a jak
wiadomo, nie można wymagać od małych dziewczynek, aby pożytecznie zorganizowały sobie
czas jazdy. W małych dziewczynkach bardzo piękne jest to, że w przeciwieństwie do dużych
dziewczynek, nie traktują czasu jazdy jako straconego czasu. Traktują go jako czas JAZDY, i
mimo, że się nudzą, nie przyjdzie im z pewnością do głowy, aby zająć się czymś innym,
oprócz jazdy, rzecz jasna.
Małe dziewczynki nigdzie się nie spieszą. Zawsze MAJĄ CZAS, rzadko bywają
zmęczone. Nawet przez myśl nie przejdzie im, aby ,,zbyć” kogokolwiek. Dla nich ważna jest
każda chwila, i każdą z tych chwil potrafią się cieszyć.
Ja też bardzo cieszyłam się tą drogą. Byłam podekscytowana i nie mogłam ,,usiedzieć”.
Ze zniecierpliwieniem pytałam biednego tatę, jak długo jeszcze. On ze zniecierpliwieniem
odpowiadał mi, że jeszcze trochę.
Po raz pierwszy w moim, bądź co bądź, krótkim życiu miałam zobaczyć Mazury.
Augustów był jak sen, marzenie, które miało się spełnić.
Nasz domek miał numer siedemnasty. Na tabliczce widniał obraz motyla, który bardzo
mi się podobał. Domek stał blisko jeziora i placu zabaw, na którym malutki Adaś spędzał
każdy poranek, zanim nie poszliśmy nad Sajno.
Myśli urwane 2
2
Na kolanach trzymam album. Przekładam strony, na których znajdują się zdjęcia.
Zdjęcie – kawałek papieru fotograficznego. Zdjęcie – fragment wycięty z życia, z czasu, który
ucieka, biegnie, potem już gna, gna… I nigdy nie wraca w to samo miejsce. Nie cofa się. Jest
zatracony w swoim biegu, jakby ścigał się z prostą, ubogą ludzką dolą, która próbuje złapać go
za fraki. Jednak mimo, że ona bardzo się stara go dogonić, to do tej pory jej się to nie udało. I
nie uda.
W kadrze czasu
Pierwsza fotografia ukazuje Sajno zalane promieniami późno – popołudniowego
słońca. Na pierwszym planie znajdują się trzy osoby: młoda kobieta i dwójka dzieci, chłopiec i
dziewczynka. Stoją na samym brzegu, zdaje się, że następna fala zamoczy dzieciom butki. Za
nimi znajduje się pomost, którego cień tańczy w srebrnoszarej tafli jeziora. Na drugim brzegu
groźnie i tajemniczo na całą trójkę zerka gęsta połać lasu.
Młoda kobieta to moja mama. Ma na sobie dżinsy – rurki, czarny żakiet i brązowe
sandały na obcasie. Spogląda w stronę dzieci, czyli na mnie i Adama. Mały Adaś stoi z rękami
w kieszeniach żółtej bluzy w słoniki, ,,odziedziczonej” po mnie. Ma lekko pochyloną głowę, z
uśmiechem i spokojem wpatruje się w wodę. Moja postać jest schowana za sylwetką brata.
Widać tylko fragment głowy – akurat tyle, ile byłam od niego wyższa.
Czwartej osoby nie widać - stoi po drugiej stronie obiektywu. Odgrywa w całej sytuacji
najważniejszą, choć z pozoru niezauważalną rolę – uwiecznia ją. Zamienia w niezauważalny
ślad naszej wędrówki.
Na centralnym planie znajduje się pomost, po którym biegnie Adaś. Właśnie uniósł do
góry nogę, wymachuje rękoma. Słońce skupia się na jego jasnych, rozwianych włosach, dzięki
czemu na zdjęciu mają one wręcz biały kolor. Jest roześmiany. Zdaje się, jakby chylił pełną
uśmiechu twarz przed niewątpliwym królem tamtych wakacji – Słońcem.
W tyle, za nim, idę powoli ja, Nina. Jak zwykle opanowana, ,,stateczna”, dobrze
ułożona – jak przystało małej dziewczynce. Jednak nie smutna – wręcz przeciwnie. Radosna,
tylko trochę inaczej niż Adam. Radosna wewnętrznie – szczęście i zadowolenie otacza
dziewczynkę na zdjęciu, całą jej postać.
Baśń Niny
Pani Jeziora
Dzieci ,,spały” w pokoju na górze. Nina leżała z oczami utkwionymi w sufit. Usłyszała
cichutkie kroki, skradanie się w kierunku jej łóżka. Wystraszyła się, ale po chwili poczuła, że
to tylko Adaś, jej młodszy brat. Usiadł na skraju łóżku i popatrzył na nią błagalnie.
- Co jest? – zapytała dziewczynka zniechęconym głosem.
- Baję… - powiedział słodkim głosem.
- Opowiadałam ci ją dziś z tysiąc razy!
- Proszę… Ninka. Nineczka…
3
Usiadła i objęła kolana ramionami.
- Dobrze, ale ostatni raz.
Adaś usiadł obok niej i położył głowę na ramieniu siostry. Oparli się plecami o ścianę.
- To będzie baśń o Pani Jeziora. Zamknij oczy i wyobraź sobie las. Gęsty, ciemny i
straszny. Wśród drzew stoi budynek, też straszny. Wysoki, potężny, wokół niego unosi się jak
gęsta mgła zła magia. W tym domu mieszka czarnoksiężnik. Teraz wychodzisz z lasu i idziesz
piaszczystą drogą i dochodzisz do wsi. Wszystko dzieje się bardzo dawno temu, więc widzisz
chałupy ciągnące się wzdłuż drogi. Za płotem biegają gąski, a dachy pokryte są strzechą. Nagle
wybiega młoda dziewczyna. Ma kasztanowe włosy i oczy. Jest smukła i piękna. Śmieje się
głośno. Za nią spieszy chłopak, wysoki i przystojny. Wbiegają do lasu i zatrzymują się na
urokliwej cichej polance. Tam wyznają sobie miłość. Jednak, jak wiadomo, szczęście w
bajkach jest bardzo ulotne, a miłość przepełniona bólem. Parę zobaczył zły czarnoksiężnik.
Zakochał się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia.
Następnego dnia wystrojony i pyszny pojawił się we wsi. Zapukał do domu wybranki i
objawił jej swoje zamiary. Chciał, aby została jego żoną i zamieszkała z nim w ciemnym domu
w lesie. Żeby zajmowała się domem i dziećmi, które w przyszłości urodzi. Dziewczyna bardzo
wystraszyła się czarownika. Jej uczucia względem niego były zbyt dalekie od miłości, kochała
już kogoś innego i wiedziała, że to wieczne uczucie. Była tego pewna. Nie chciała za nic w
świecie mieszkać w leśnym domu i spędzić tam reszty życia. Wszystko dopiero otwierało się
przed nią; dopiero poznawała, jakim cudem jest świat.
Czarnoksiężnikowi nie pomogły żadne zaklęcia, bowiem nie ma na świecie silniejszej
magii od czaru miłości. Wściekły, postanowił się zemścić za swoją samotność. Nieopodal
domu znajdowało się prastare jezioro. Mieszkały w nim duchy topielic. Rzucił na dziewczynę
klątwę, według której miała ona stać się Panią Jeziora. Zamieniła się w nimfę, jej zadaniem
było utrzymanie wszystkich duchów, aby nie wyszły poza jezioro. Jednocześnie one,
przekupione przez czarownika, także trzymały ją na swojej mentalnej nici. Każda miała jeden
koniec i trzymała bardzo mocno. Często specjalnie pociągały za końce, aby sprawić Pani
Jeziora niewyobrażalny ból.
Chłopak dowiedział się o wszystkim. Przychodził do Pani Jeziora co noc, gdyż kiedy
całe jezioro spało, mogła ona zamknąć jego taflę tak, aby wszedł na powierzchnię. Pewnej
nocy przyszedł do niej i pocałował ją. Pani Jeziora w tej cudownej chwili zapomniała o tafli.
Pękła z głośnym trzaskiem, co obudziło topielice. Natychmiastowo wciągnęły młodzieńca do
jeziora. Jednak tonąc, pociągnął nieświadomie za nici, którymi trzymały ukochaną. Urwały się.
Zrozpaczona Pani, nie wiedziała co zrobić. Poczuła, że jest wolna. Jej jedynym pragnieniem
było przebywanie z kochanym człowiekiem. Postanowiła jak najszybciej udać się do Bram
Niebieskich i tam oczekiwać na ukochanego. Wiedziała, że był dobrym człowiekiem i po
śmierci trafił do Raju.
Święty Piotr nie chciał jej otworzyć Wrót. Była wciąż Panią Jeziora, wokół niej kręciła
się czarna magia. Usiadła i wołała z rozpaczy, a jej głos rozchodził się wszędzie i wszyscy
mieszkańcy świata pozaziemskiego ją słyszeli. Usłyszał też chłopak. Uplótł sieć z jej dobrych
uczynków wysupłanych z krótkiego ludzkiego życia nimfy. Wyrzucił ją, a ona wpadła do niej.
Odtąd mieszkają razem w Niebieskich Komnatach, gdzie kwitnie miłość, która już
nigdy nie będzie miała końca.
***
Adam zahamował z piskiem opon. Jechał dużo powyżej normy.
4
Prędkość go upajała, pozwalała odreagować złość. Miesiąc temu zrobił prawko. Był
dumny jak paw. Zdał za pierwszym podejściem.
- Nina, jaka ty jesteś naiwna! To się wcale tak nie skończyło. Dotarła do Bram, ale
okazało się, że czarnoksiężnik zamknął przed nią drogę do Raju. Darła się i darła, ale nikt nie
mógł jej słyszeć przez tę cholerną klątwę! Cały czas stoi tam i płacze. Woła ukochanego.
Piękna, smutna Pani Jeziora. A topielice po jej odejściu wyszły z jeziora i rozlazły się po
okolicznych wsiach. I straszą do dziś.
Zacisnął usta w wąską linijkę i stłumił płacz.
Chłopaki nie płaczą.
Chłopaki walą. Walą z całej siły. To męskość. To siła. Przewaga.
Walnął z całej siły kierownicę. I nic. Tylko zabolało go przedramię.
***
Sajno tonęło w blasku zachodzącego słońca. Ostatnie promienie wirowały na
powierzchni jeziora niczym nimfy ubrane w modre suknie. Ich taniec był piękny i
nieuchwytny. Poruszały się w rytm muzyki fal i wiatru, którego melodie znane są na świecie
jako najbardziej porywające i tajemnicze.
Tata właśnie nacisnął spust migawki. Uśmiechnęłam się do niego firmowo i wzięłam
go za rękę.
- Tato, jak tu pięknie!
- Tak..
- Wiesz co, bardzo cię kocham. I ciebie, i mamę, i Adamka.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się za to.
Nie musiał odpowiadać.
Mazurski las zasypiał w oddali.
Myśli urwane 2
Muzyka Mazur to muzyka wiatru. Wiatr komponuje cudowne, lekkie i świetliste
sonaty; poważne łzawe marsze i niezapomniane walce. Nikt nie potrafi odtworzyć jego
twórczości ani jej zapisać na papierze.
Bieszczady, lipiec 2003
Nie była to nasza pierwsza ,,wizyta” w Bieszczadach. Rok wcześniej zostaliśmy
przyjęci bardzo niegościnnie – powitała nas burza. I deszcz, deszcz, deszcz…
Domki w schronisku były przedzielone pilśniową ścianką. Nie musieliśmy przykładać
do niej szklanki, żeby usłyszeć sąsiadów. Nie wyglądało zresztą na to, żeby byli ludźmi
skrytymi – teraz myślę sobie, jak to dobrze mieć mocny sen!
5
W kadrze czasu
Na pierwszym planie kobieta, chłopiec i dziewczyna. Wszyscy śmieją się, jakby przed
chwilą usłyszeli dobry żart. Kobieta siedzi oplatając rękoma kolana. Na głowie ma bordową
chustkę ,,wandamkę”. Z lewej strony kuca dziewczyna, opiera głowę o jej ramię. Na plecach
dźwiga wypchany niebieski plecak. Po prawej stronie kobiety siedzi chłopiec, trzymając się jej
ramienia. Widać wyraźnie, że stanowi ona centrum dla tej dwójki. Jest dla nich Słońcem, a oni
planetami; krążą po swoich orbitach wokół Niej.
Bose stopy wędrowców stykają się z ciemną wysokogórską glebą. Wokół niedbale
rozrzucili swoje buty. Daleko w tyle widać niskie lesiste stoki. Z mgły wyłaniają się kontury
wyższych szczytów. Jest słoneczny poranek. Połonina Caryńska została zdobyta.
***
Każde Słońce kiedyś się wypala. Planety mogą żyć bez Słońca swoim własnym życiem.
Ale ciemność wokół pozostaje. I pustka.
Nasze Słońce się wypaliło.
Baśń Mamy
Papierowe ptaki
- Śpijcie już, jutro wstajemy wcześnie i idziemy w góry.
- Opowiedz nam bajkę na dobranoc…
- Jest już późno. Jutro.
- Mamo, opowiedz, tak jak kiedyś…
- Dobrze, ale tak szybko. Zaraz po tym zamykacie oczki i słyszę jak chrapiecie. Tak?
- Tak, tak…
- Wiecie pewnie, o czym będzie baśń?
- Papierowe ptaki? Znowu? Mamo, wymyśl coś nowego.
- Dziś posłuchajcie tego. W pięknym białym domu otoczonym dużym ogrodem żyła
Artystka. Była dobrym, wrażliwym człowiekiem, jednak samotnym. Pewnego razu wzięła
kartki papieru: jedną w kratkę, drugą w linię. Stworzyła dwa papierowe ptaki. Każdy był inny;
mimo wrażenia podobieństwa różniły się w każdym calu, bo, musicie wiedzieć, na świecie nie
ma nigdy dwóch takich samych papierowych ptaków.
Cieszyło je fruwanie po ogrodzie ozdobionym przez wiosnę. Uwielbiały siadać na
ukwieconych drzewach wiśni. Artystka każdego dnia rzeźbiła swoje ptaki i poprawiała to ich
kształt, to opływowość. Za każdym razem poświęcała temu bardzo dużo czasu i uwagi. Ptaki
nie lubiły tych momentów, nie rozumiały, po co ona to robi.
Pewnego razu wyszła na spacer. Nie wracała bardzo długo. Stworzenia czekały dzień,
drugi, trzeci. Po miesiącu zmartwień postanowiły wyruszyć z pustego domu w świat. Artystka
przed wyjściem zostawiła szeroko otwarte okno, co umożliwiło im dobry start. Opuszczały
miejsce, w którym spędziły całe dotychczasowe życie. Miejsce, które znały i kochały. Ale
pozostanie w nim sprawiało im jeszcze większy ból. Ptak w kratkę uronił parę łez, patrząc na
ukochane wiśnie.
6
Niejednokrotnie było im ciężko, walczyły z porywistymi wiatrami i słońcem, które
parzyło skrzydełka. Jednak, mimo długiej wędrówki, mogły dalej lecieć i nie zniszczyły się.
Pewnego dnia rozpętała się burza. Ulewny deszcz zacinał silnie. Papierowe ptaki straciły
ostatnią nadzieję na przetrwanie. Zrezygnowane opadły na ziemię i czekały na swój los.
Obudziły się następnego dnia, ciekawe, jak wygląda koniec papierowych ptaków. Ale okazało
się, że mogą nadal widzieć świat wokół, drzewa, rośliny, grzyby. Świeciło słońce, które
wysuszyło im skrzydełka.
Dopiero wtedy ptaki zrozumiały, po co Artystka je ulepszała. Dzięki niej, przetrwały tę
burzę! Wzmocniła je najwyraźniej tak, że deszcz wcale poważnie im nie zaszkodził.
Potrzebowały tylko kilku dni na słońcu, aby dobrze wyschnąć i wypocząć.
Drogi papierowych ptaków rozeszły się. Każde poleciało w swoją stronę z silną wiarą,
że kiedyś znowu się spotkają na swojej kwitnącej wiśni. I znowu zobaczą uśmiechniętą
Artystkę, która macha z okna białego domku. Znowu będą wszyscy razem.
***
Poranek jest ciepły, ale zarazem orzeźwiający. W powietrzu wyraźnie czuć zapach lata,
słońca i deszczu, który padał całą noc. Powoli dochodzimy do lasu, gdzie zaczyna się szlak. W
lesie wędrówka zawsze jest bardzo ciężka. Idąc ma się wrażenie, jakby ktoś przymocowywał
do nóg wielkie metalowe kule; z każdym krokiem o jedną więcej. Jednak warto się wspinać,
iść do góry, bo kiedy wychodzi się na połoninę, znikają wszystkie bóle. Pojawiają się z kolei
nowe uczucia, których nie sposób opisać. Mimo, że cały czas trzeba iść w górę, znikają kule, a
pojawiają się skrzydła. Biegnąc po szczycie Połoniny, czując wiatr, który biegnie obok, trzyma
za rękę, a jednocześnie szaleje we włosach czujemy wolność – prawdziwą. Jesteśmy ptakami,
bo wznieśliśmy się znacznie nie tylko ponad poziom morza, ale także PONAD TO.
Wznieśliśmy się PONAD TO wszystko, co nas otacza. Ponad codzienne, często trudne życie,
kłopoty, zmartwienia i smutki. Jesteśmy PONAD, bo górujemy nad nimi, panujemy. Nie
pozwalamy im się przytłoczyć i stłamsić.
Jesteśmy również ponad naszym szczęściem i radością, ponieważ pozwoliliśmy im się
wybić. Daliśmy szansę wyjść z ciemnych zakamarków naszej duszy, a to im wystarczyło, aby
wybuchnąć właśnie teraz, z niespodziewaną siłą.
Nagle coś każe nam się zatrzymać. Po dłuższym czasie przypominamy sobie, że
oddychanie jest niezbędną czynnością życiową i bierzemy głęboki wdech. Bieszczadzkie
powietrze silnie przesycone zapachem lasu robi ogromną furorę w naszych drogach
oddechowych. Wdychamy ponownie, chcemy go jak najwięcej. Bieszczadzkie powietrze
upaja. Uzależnia.
Powoli rozglądamy się dookoła. Wokół rozciąga się długie pasmo połonin. Na tle
odległych szczytów zarysowuje się jego łagodna linia. Połoniny zdają się być pokryte
zielonym zamszem. U ich podnóża ciemnieje puszysty zielony dywan lasu o nieregularnym
kształcie. Po zamszowych polankach wędrują cienie rzucane przez chmury.
Połonina Caryńska. Najpiękniejsza połonina w Bieszczadach.
Wszystko jest takie niesamowite! Mamy tylko jedno zmartwienie: niebo zaczęło
ciemnieć; przybrało ciemnofioletową barwę, co nie wróży nic dobrego.
Mama zatrzymała się i pochyliła. Dłonie oparła na kolanach. Chustka na jej głowie
naprężyła się przypominając czapkę krasnoludka. Po chwili podniosła głowę i zapytała:
- No i jak tam?
7
Widziałam, że jest zmęczona, mimo, że bardzo dbała o zachowanie pozorów. Mimo
uśmiechu miała na twarzy pewien charakterystyczny dla siebie grymas, lekko wygięte wargi.
Rzuciła trzymane w ręce buty. Zdjęliśmy je już dawno – ani kamasze mamy, ani adidasy
Adama, ani moje sandały nie sprawdziły się w roli obuwia górskiego. Jedynie trudne do
określenia w rodzaju buty taty okazały się strzałem w dziesiątkę.
- Mamo, daj mi plecak. – powiedziałam.
Prosiłam ją o to nie pierwszy raz dzisiaj. Zawsze uparcie mi odmawiała. Jednak tym
razem postanowiłam nie dać za wygraną. Podeszłam do niej i zsunęłam jej szelki z ramion.
Popatrzyła na mnie z wyrzutem.
- Mamy do wyboru dwa zejścia: strome i łagodne – powiedział tata, patrząc na mapę.
- Idziemy stromym – oznajmił Adaś z pewnością w głosie.
- Ja nie będę miał z tym problemu. Gorzej jak ty poobijasz sobie tyłek – uśmiechnął się
i pokręcił głową. – Jaki odważny syn.
- To co robimy? – zapytałam po chwili milczenia.
- Siku! – wykrzyknął rozgorączkowany Adam.
Pierwsza zaczęła się śmiać ONA. Usiadła na szczycie i się śmiała. Szybko do Niej
dołączyliśmy. A ON wziął aparat i zrobił zdjęcie.
Chmury stają się coraz ciemniejsze, z ciemnofioletowego przeszły w intensywną
szarość – prawie czerń. Już dawno znacznie przyspieszyliśmy, ale mimo wszystko czekały nas
jeszcze dwie godziny marszu. Pocieszaliśmy się, że szlak kończy się prosto w naszym
schronisku.
Wokół nic nie widać. Na szczyty opadła szara zasłona – kurtyna. Świadczyło to jedynie
o tym, że tam już LEJE. Tymczasem u nas zaczęło mżyć.
Co tam, mżawka. Popada, popada, zaraz przestanie. E, tam. Kto by się przejmował.
Cóż, to był tylko wstęp, wprowadzenie do wielkiego przedstawienia, które niebiosa
przygotowały dla roztropnych wędrowców nie posiadających ani płaszczów, ani bluz, ani
parasoli, ani nawet zwykłych kapturów.
Kurtyna odsłoniła się. Po subtelnym wstępie przyszedł czas na Akt Pierwszy. Scena
pierwsza Aktu Pierwszego rozegrała się pomiędzy intensywnie zacinającym deszczem a
silnym wiatrem. W scenie drugiej do towarzystwa dołączyły efekty dźwiękowe w postaci
grzmotów i świetlne w postaci błyskawic. Scena trzecia stanowiła malownicze uzupełnienie
całego Aktu Pierwszego, wypełniła luki – zrobiło się przeraźliwie zimno i uderzył grad. Mimo
całej okazałości tej sztuki z niecierpliwością oczekiwałam na ANTRAKT. Jednak ten nie
nastąpił.
Szlak zamienił się w potok. Nie biegliśmy po nim, raczej się ześlizgiwaliśmy. Każdy
niewłaściwie postawiony krok mógł mieć poważne konsekwencje. Strużkami wody spływały
w dół kamienie. Nad naszymi głowami Zeus urządził wojnę, miotając ze szczodrością swoimi
błyskawicami. Każdy grzmot odczuwaliśmy dosłownie na własnej skórze. Sytuacja nie
wyglądała wesoło z perspektywy czasu. Wtedy nie odbierałam tego w ten sposób. Idąc w tej
ulewie z CAŁĄ rodziną czułam się dobrze i, może to zabrzmi groteskowo, bezpiecznie.
Byliśmy tam RAZEM, wszyscy przeżywaliśmy to samo. To wydarzenie jeszcze bardziej nas
ze sobą połączyło. Staraliśmy się nawzajem pocieszać i żartować. Szczególną inicjatywą
wykazał się Tata, żeby tylko odwrócić naszą uwagę od pogody.
W pewnym momencie Adam się rozpłakał.
- Adasiu, co się stało? Adaś, nie martw się, zaraz będziemy na miejscu. Nie płacz, nie
masz czego się bać… Adam, tata tylko żartował mówiąc, że przez te metalowe sprzączki w
butach walnie w nas piorun. Adaś, zobacz jest drogowskaz! Jeszcze TYLKO półtorej godziny!
Jednak Adam płakał dalej.
8
- Ale mmm… mnie… - wychlipał. – Mnie kulka gradu uderzyła dwa razy w to samo
miejsce na reeeęce!
***
Połonina Caryńska. Najpiękniejsza połonina w Bieszczadach.
Adama Listy
wysłane
Białystok, maj 2005
Droga Ciociu,
Dziękuję za list. Dziękuję w imieniu swoim, Niny i Taty.
Mamy się dobrze, nie martw się o nas. Jak mówi babcia, życie toczy się dalej zwykłym trybem i
nie wolno o tym zapomnieć. Pociesza nas, że Mama nie chciałaby widzieć płaczących
smutasów.
Jeżeli pytasz o pogrzeb, uroczystość odbyła się bardzo kameralnie. Tak, jak chciała. Nina nie
odpisuje, bo ma bardzo dużo zajęć w szkole.
Tata nie odbiera, bo telefon nadaje się tylko do wymiany, w związku z tym jest wyłączony.
Prosili, aby Cię przeprosić za te uniedogodnienia.
Pozdrawiam serdecznie w imieniu ich i swoim.
Adam
…………………………………………………………………………………………………
Białystok, maj 2005
Hej Sławku,
Miło, że się odzywasz. Nie musisz tłumaczyć swojej nieobecności – wszyscy doskonale Cię
rozumiemy. W domu radzimy sobie dzięki babci, bo przychodzi do nas bardzo często i pomaga.
Myślę, że ona też nas teraz potrzebuje, więc właściwie pomagamy sobie nawzajem.
Czujemy się dobrze, jesteśmy zdrowi.
Nina nie odpisuje, owszem, bo uczy się obecnie gotować i potrzebuje na to dużo czasu. A Tata
twierdzi, że kompletnie zapomniał, jak się pisze listy. Prosili, żeby Cię przeprosić i przesłać
buziaki.
Do zobaczenia, miejmy nadzieję,
Adam
List nie wysłany i nie przeczytany,
czyli napisany w Adamowym Sercu
Wiele rzeczy nie ma sensu. A największym nonsensem jest ukrywanie faktu, że tata miał Krzyż
Pański ze mną i z Niną przez ostatnie lata.
9
List jak list, nie będę się bawić w daty, zwroty i inne pierdułki. Tu najważniejsza będzie treść.
Trochę się napisałem listów, bo przyszło ich wtedy sporo, pamiętam. Nikt się nie kwapił. Nina
zaszczyciła je jednym spojrzeniem i uznała, że chyba zmarnuje cenny czas przez długopis w
ręce. A tacie nawet nie chciałem zawracać głowy. Więc lałem wodę, że wszystko jest Ok. Taki
sekretarz rodzinny.
Nina miała kilka faz. Najpierw przybrała pozycję twardej. Czarny strój, wiadomo, nosiliśmy
wszyscy. Ale ona zaczęła wkładać szerokie bluzy z kapturem, rozciągnięte dresy. Mocno
malowała oczy czarną kredką. Nie śmiała się, chodziła z rękami w kieszeniach. Patrzyła
wiecznie zamulonym wzrokiem. Ona, Ninka! Przecież tak uwielbiała swoje sukienki,
wstążeczki, falbanki.
Chciała być twarda. Ale nie oto chodzi, pomyliła się.
Potem przeszło jej trochę. Znowu zaczęła brzdąkać na Zygmuncie, podśpiewywała coś tam.
Przejęła od babci obowiązki. Razem z tatą patrzyliśmy, jak nasza Nina staje się kobietą. Stała
się bardziej pewna siebie. Minęła żałoba, znowu wróciła do falbanek. Na ten widok odczułem
jakiś posmak dawnej normalności. Uświadomiłem sobie, że oni wszyscy mieli rację – życie
toczy i będzie się toczyć dalej. Jeśli cały czas babrzesz się w przeszłości, to znaczy, że jesteś
skończonym idiotą. Idź do przodu, nie stój w miejscu! A już na pewno nie cofaj się.
Nasza studentka znalazła sobie nowych przyjaciół, często siedzieli u nas w domu. Zaczęła się
spotykać z jakimś gościem, który z miejsca przypadł tacie do gustu. Jej życie ruszyło.
A ja po drodze do dzisiaj zaplątałem się w inne tarapaty. Miałem problemy w szkole, ale nikt
jakoś się tym nie zainteresował. Dziś już nie mam pretensji, dziś rozumiem. Wtedy pierwszy raz
się nachlałem. Okres napojów wyskokowych nie trwał długo, bo miałem wystarczająco dużo
szarej breji w głowie, żeby przestać. Ale wtedy nauczyłem się jednego: nie każdy kto cię
obrzuci gównem jest twoim wrogiem. Nie każdy, kto cię z gówna oczyści, jest twoim
przyjacielem.
To był kopniak. Poczułem go mocno, ale był mi potrzebny. Otrząsnąłem się i wziąłem w garść.
Wiem, dziś już wiem: nie zostawiła nas samych. Dała nam tyle z siebie, ile tylko mogła. Nosimy
ją w sobie i ona żyje między nami. Dała nam przede wszystkim kręgosłupy, dlatego mimo
krętych ścieżek wróciliśmy na prostą. Wiedzieliśmy, KIM jesteśmy.
Jesteśmy ludźmi. Tylko ludźmi. Aż ludźmi.
Jesteśmy ludźmi – przemijamy.
Adam
Bieszczady, sierpień 2008
Wróciliśmy. Ale nie wszyscy.
10
,,Cicho potok gada, gwarzy pośród skał, na na na na na….”
Wcale nie chciałam brać gitary. Tata bezceremonialnie wrzucił ją na wszystkie bagaże,
mówiąc tylko, że z pewnością się przyda.
I przydała się.
,,Świerki zapatrzone w horyzontu kres, na na na na na,
głowy pragną wysoko, jak najwyżej wznieść.”
Miłością do gitary zaraził mnie właśnie ON. Kupił mi pierwszy sprzęt, kiedy byłam
małą dziewczynką. Kiedy ja i Adam byliśmy mali, uwielbialiśmy, jak grał. Adam krzyczał
,,Nina!!! Tata gra!!!”. Wtedy biegłam co sił w nogach. Po chwili oboje tańczyliśmy do
dźwięków Jego Muzyki, która odcisnęła we mnie taki ślad.
,,Pora już radosny kończyć śpiew
odejść stąd, przez szare życie nieść (…)”.
Potem usunął się w cień. Zostawił mi dostatecznie duży margines, abym mogła wcisnąć
swój własny komentarz. Było to w tym momencie, kiedy już stanęłam na nogi po Jej odejściu.
Kiedy zaczęłam wyodrębniać Swoją Muzykę. Przecierałam nowe ścieżki, uparcie nie chcąc się
pogodzić z niczym. A w szczególności z czasem, który przynosił pocieszenie. Nie chciałam
tego, choć było mi tak potrzebne.
,,To jest nasza ballada na do widzenia
na lepszy los, pogodny sen
przychylność gwiazd”.
Przytuliłam policzek do Mojej Gitary, którą ochrzciłam Zygmunt.
Słuchając czystego brzmienia strun Zygmunta i własnego cichego nucenia, myślałam o
przemijaniu. O tym, ile się zmieniło od tamtych chwil. Jak ja się zmieniłam i jak zmienił się
Adam. I tata.
,,(…) nim czas, złośliwy czas
wszystko pozmienia….”.
Wieczór był chłodny, ale słoneczny. Kiedy Słońce zaczęło zachodzić zniknęły też góry.
Zamknęły powieki, a potem śniły długim snem, z którego zbudzić je miał poranek.
,,….żegnamy Was, żegnamy Was”.
kwiecień 2009
Odnalazłam elementy, które zgubiłam po drodze – elementy mnie samej. Leżały
zaniedbane w przestrzeni czasu. Musiałam niejednokrotnie się zatrzymać i pozbierać je.
Przestałam kopać mój Dół. Rozpoczęłam wspinaczkę po płaskiej krawędzi, która
okazała się niższa niż myślałam. Mimo, że długo kopałam tę dziurę, byłam dosyć leniwa i
wcale nie chciałam, żeby była głęboka. W tym przekonaniu utwierdzałam sama siebie.
Już widzę światło, które daje mi siłę i nadzieję, że mogę się stąd wydostać. Im bliżej
światła, tym bardziej wyłania się Moje Wnętrze. W Dole nie miałam możliwości, aby je
czyścić, więc jest trochę zakurzone. Okazało się, że mam całe wyposażenie, tylko muszę je
wyszorować.
***
Boże, życie jest takie Twoje – myślę.
11
,,Przez ile dróg musi przejść każdy z nas
By móc człowiekiem się stać…”.
Łzy płyną.
Nie są to łzy smutku.
Zygmunt brzmi, jakby poczuł ulgę.
Łzy, wreszcie łzy.
,,Odpowie Ci wiatr, wiejący przez świat
Odpowie Ci bracie, tylko wiatr”,
i mój ulubiony fragment:
,,(…) i Ty swą odpowiedź rzuć na WIATR”…
12